Od kiedy tylko pamiętam, próbowała mi wyperswadować, że
pieniądze nie dadzą jej nigdy szczęścia. Szybko jej jednak zawsze odpowiadałem,
iż wolę płakać w Porsche niż w Maluchu. Mrużyła wtedy tak zabawnie oczy i
ściskała usta, które zawsze malowała krwiście czerwoną szminką, w jedną, wąską
kreseczkę. Lubiła stawiać na swoim. I chyba właśnie dlatego często jej
ustępowałem, by widzieć radość na jej twarzy, by słyszeć jej triumfalny śmiech
w okolicach mojego ucha. Jednak najlepsze było w tym to, że dzięki tym
pieniądzom, których nie chciała, spełniała swoje marzenia. Od dziecka chciała
zwiedzić cały świat. W wolnych chwilach próbowałem więc robić wszystko, by
pomóc jej w zrealizowaniu ambitnych planów. Pierwszym krajem, do jakiego się
wybraliśmy była, rzecz jasna, Francja. Miała na jej punkcie kompletnego bzika.
Ba! Ona wolała pisać wiersze nie w ojczystym angielskim, a właśnie po
francusku. Powtarzała, że najpiękniejsza poezja powstaje we Francji. Potrafiła
nawet mówić do mnie w tym języku! Ponoć były to wyznania miłości, ale z racji,
że nie znałem francuskiego, nie dawałem w to całkowicie wiary. Równie dobrze
mogła mnie obrażać, skoro i tak nic nie rozumiałem.
-Wiesz, wieża Eiffla jest cholernie przereklamowana.
–rzuciła od niechcenia, zadzierając głowę do góry, by obejrzeć budynek w
całości. –To tylko kupa złomu. –dodała, kręcąc z dezaprobatą głową.
-Ale przecież to cud architektoniczny, mała.- odparłem ze
śmiechem.
-To wciąż zardzewiała kupa złomu. –wzruszyła ramionami.
-Czemu się więc na to tak napaliłaś? –zapytałem, patrząc jej
prosto w oczy. –powtarzałaś -„Zobaczymy wieżę Eiffla! Wieżę Eiffla!” jakieś
trzydzieści razy podczas lotu samolotem. –zaśmiałem się, widząc jej zmarszczony
nosek.
-Myślałam, że tu będzie romantycznie. –powiedziała cicho. –A
okazuje się, że bardziej romantyczne od tego jest nasze wspólne mieszkanie. –
mówiła wszystko prosto z mostu, bez najmniejszego zawahania, co rozbawiło mnie
jeszcze bardziej.
-To wracamy do naszej sypialni? –zażartowałem.
-Oszalałeś?! Jeszcze muszę tu zrobić kilka rzeczy! –oburzyła
się, zakładając drobne dłonie na swoją wąską talię przykrytą przewiewną, choć
ciemną sukienką.
-Liczę, że jakieś okazywanie uczuć się na niej znajduje.
–szepnąłem, całując ją w sam środek ust. Oderwała się jednak ode mnie, chwyciła
moją dłoń i pociągnęła w nieznanym mi kierunku.
-Idziemy do restauracji i będziemy jeść ślimaki! –rzuciła
hasło, a ja stanąłem w miejscu. Ona jednak maszerowała dziarsko przed siebie,
nie oglądając się nawet za mną.
-Powiedz, że żartujesz! –zero reakcji. –Kochanie, ale
proszę…wszystko tylko nie…! –chciałem krzyknąć, lecz odwróciła się na sekundę i
z uśmiechem, od którego miękły mi kolana za każdym razem odkrzyknęła:
-Nie kombinuj, Collins!
-Od kiedy mówisz do mnie po nazwisku? –zawołałem jeszcze,
lecz już biegłem, by ją złapać. Tradycyjnie z resztą, choć nie miałem nic
przeciwko temu.
Często zastanawiałem się, co siedziało w jej głowie. O
czym myślała idąc spać? Co chciała powiedzieć przez słowa „Jesteś wszystkim
najgorszym, a jednocześnie najlepszym, co spotkało mnie w życiu”? To przecież
można było odczytać tak dwuznacznie… Kiedyś ją o to spytałem, ale odpowiedziała
na tyle wymijająco, że dałem sobie spokój już na długi czas. Pewnie bym potem
ponowił pytanie, ale nie zdążyłem. Cóż, przynajmniej dostałem nauczkę, by nie
odkładać niczego na jutro. Zdałem sobie sprawę, że jutra po prostu może nie
być. Była dla mnie jedną, wielką, chodzącą zagadką. Mogłem się spodziewać po
niej wszystkiego. Nie sposób było zgadnąć jak zareaguje na dane słowa, czy
określone gesty. Nieprzewidywalność była jej cechą charakterystyczną. Ale
kochałem ją przecież między innymi za to. Właściwie to za wszystko, mimo że
często irytowała mnie jak nikt inny. Ponoć jednak to właśnie fakt, że od czasu
do czasu się kłócimy świadczy o tym, że wciąż ludziom na sobie zależy.
Najwidoczniej zależało nam jak cholera, bo sprzeczaliśmy się niemalże co
chwilę. Nie oszukujmy się jednak....była też dla mnie jedynym trafnym pytaniem,
ale i jedyną poprawną odpowiedzią. Często zastanawiam się, kim bym się stał,
gdybym jej wtedy nie poznał, gdybym obrał kompletnie inną drogę życiową. Czy
ktoś pasowałby do mnie tak jak ona? Czy znalazłbym kobietę, przy której
faktycznie czułbym, że żyję i że jestem całkowicie sobą? Mogłem jedynie zadawać
sobie te pytania, lecz w głębi duszy zdawałem sobie sprawę, że odpowiedź na nie
znam. Przecież takiej miłości jak nasza nie znajduje się w na ulicy, czy nie
kupuje w supermarkecie. To, co mieliśmy, było najbardziej wyjątkowe jakie mogło
być. Nie żałuję więc żadnych słów, żadnych rozmów, żadnych chwil.
Zwykle zaskakiwała mnie w tych ponoć najnormalniejszych chwilach. Pewnego marcowego popołudnia siedzieliśmy sobie wygodnie na kanapie, oglądając jakiś idiotyczny film. Znów musiałem ustąpić, ale chyba nie miałem nic przeciwko.
–Jak bardzo mnie kochasz? –spytała wtedy, patrząc mi w oczy, jakby to tam poszukiwała dowodu mojej miłości.
-Tego nie da się określić w zwykłych słowach.-westchnąłem cicho, zakładając jej zagubiony kosmyk ciemnych włosów za ucho. Jak zwykle nie chciały się jej słuchać, nawet pod przymusem ze strony prostownicy.
-To użyj w magicznych. –uśmiechnęła się, a ja sam zastanowiłem się, czy znam odpowiedź na to pytanie.
-Ty jesteś w tym lepsza. –grałem na czas, delikatnie dotykając opuszkami palców jej policzka. Zmrużyła wtedy leciutko powieki, a kąciki ust uniosła w górę.
-Ale to tobie zadałam pytanie, więc się nie wymiguj. –szepnęła, nie zmieniając pozycji. Na dłuższą chwilę zapadła głucha cisza, bo jednak zastanawiałem się, jakie słowa będą w tej sytuacji odpowiednie.
-Kocham cię tak…że chciałbym umrzeć przy tobie. –odparłem, czując, że mówię całkowitą prawdę.
-Nie wygłupiaj się, pytam poważnie. –oderwała się ode mnie, po czym spojrzała mi głęboko w oczy.
-Wiem o tym dobrze, że mógłbym oddać nawet za ciebie swoje życie. Prawie magiczne słowa, nie? –teraz to ja zażartowałem, choć moje wyznanie było kompletnie szczere.
-Jako polonistka postawiłabym ci za nie dwóję, przez głupotę i ślepy romantyzm…ewentualnie przy korzystnych wiatrach trójkę. -zaśmiała się głośno -Wiesz, przyzwoita forma.
-Ej! To niesprawiedliwe. – oburzyłem się teatralnie, lecz potem i tak pocałowałem ją w sam środek ust.
-Dodałabym jeszcze plusa za dobre chęci. –dodała, przerywając na ułamek sekundy, po czym wróciła bez sprzeciwu do poprzedniej czynności.Święta Bożego Narodzenia wywoływały w nas nieco sprzeczne uczucia. Prószący lekko śnieg, lampki na ogromnych choinkach i czas spędzany w gronie najbliższych. Tak można było opisać moje wyobrażenie tych dni. Ona natomiast twierdziła, że to wszystko to jedna wielka szopka, udawane szczęście i przebrani oszukańcy, udający gościa, który w rzeczywistości nawet nie istnieje. Mówiłem wtedy o braku jej poczucia wewnętrznego dziecka. Mrużyła oczy, śmiejąc się i odpowiadając w natychmiastowym tempie, że jej mała dziewczynka jest mądrzejsza od mojej małej wersji. Zazwyczaj nacierałem ją też w takim momencie śniegiem. Dorzucała potem, że moje wewnętrzne dziecko trzeba zapisać do psychologa, bo w tak młodym wieku rzuca się na bezbronne dziewczynki. Jednak chwytałem ją za dłonie, będąc pewnym, że ta kobieta to spełnienie moich najskrytszych marzeń, po czym szeptałem krótkie wyznania miłości wprost do jej ucha. Liczyliśmy się wtedy tylko i wyłącznie my. To były ostatnie takie momenty w ciągu spędzonego wspólnie roku, bo potem nadeszło Boże Narodzenie. Po całym dniu spędzonym w towarzystwie naszych rodzin, z oczywistym uśmiechem na ustach, znaleźliśmy dla siebie czas dopiero wieczorem. Ona, ubrana w czerwoną sukienkę, idealnie podkreślającą jej długie, chude nogi. Ja, wciąż w czarnym, dopasowanym garniturze. Usiedliśmy przy nakrytym stole, z zapaloną świeczką o waniliowym zapachu stojącą na samym jego środku, i prezentami dla siebie w rękach. Była najbardziej nieprzewidywalną osobą, jaką kiedykolwiek poznałem w życiu. Pewnie tylko dzięki niej miało ono jakiś smak.
-Mam dla ciebie dwa prezenty. –powiedziała cicho, po czym
uśmiechnęła się w sposób, przez który miękły mi kolana. Zmarszczyłem lekko
czoło, zdziwiony jej słowami. Podeszła podała mi dwa pudełka o podobnej
wielkości. Obydwa zapakowane w najlepszy możliwy sposób – była w końcu
perfekcjonistką. Nie mogła czegoś zrobić byle na odczepnego.
-Dziękuję. –szepnąłem, podając jej upominek od siebie. Jednak
uścisnęła mnie nagle mocno, śmiejąc się zbyt nerwowo. –Wszystko w porządku?
–spytałem automatycznie.
-Otwórz najpierw ten prezent. –wskazała mi na pudełko w
stalowym papierze. Podniosłem do góry brwi, ale nie psując tej chwili,
odpakowałem je. Jakie zdziwienie musiałem mieć wtedy na twarzy, skoro niemalże
pisnęła z radości. Byłem kompletnie zdezorientowany, ale głównie pozytywnie. Na
pewno też trochę przestraszony, choć potem okazało się, że nie miałem ku temu
żadnych powodów.
-Wszystkiego najlepszego, przyszły tatusiu. –szepnęła, stojąc
wciąż naprzeciwko mnie i czekając na moją reakcję. Spoglądałem to na nią, to na
malutkie body dla dziecka z napisem: „The best daddy ever”, nie mogąc
wykrztusić z siebie słowa. Pocałowałem więc ją, nie wiedząc, co innego mógłbym
zrobić. Jak mogłem zareagować na jasny przekaz – będę miał potomka?
-Jesteś pewna? –spytałem w końcu, odrywając od niej swoje
wargi. Wpatrywałem się w jej oczy, tak przepełnione szczęściem. Pokiwała tylko
głową na potwierdzenie informacji.
-Jestem w trzecim miesiącu, Martin. –dodała, a ja wybuchłem
śmiechem. –Czemu się śmiejesz? –spytała, patrząc na mnie bezustannie.
-Jestem najszczęśliwszym mężczyzną na tej ziemi!
–oznajmiłem, a ona wtuliła się ponownie w moją klatkę piersiową. –Kocham cię.
Najmocniej na świecie. A właściwie to kocham was. –dodałem już ciszej, trzymając
ją w moich ramionach. Ją i skarb pod jej sercem.
-Jak będzie to chłopczyk to nazwiemy go Sammy. –odparła,
unosząc podbródek do góry.
-Nie mam już nic do powiedzenia? –zaśmiałem się głośno, a
ona dołączyła po chwili.
-Nie.- cmoknęła mnie w sam środek ust, a ja schyliłem się i
pozostawiłem buziaka na jej brzuchu.
-Cześć, mały. –szepnąłem. –Masz najcudowniejszą mamę na
ziemi, wiesz? -rzuciłem, zdając sobie sprawę jak prawdziwe są moje słowa. Mogę
też stwierdzić, że te święta były najcudowniejszymi w moim całym życiu. Był to
jeden z momentów, które zapadły mi w pamięć najmocniej. Porodu nie pamiętam.
Lidia chciała, bym trzymał ją za dłoń. Spełniłem więc jej życzenie, mdlejąc
przy okazji na porodówce. Wspominała jednak, że ponoć nie odebrało mi to
wrodzonej męskości. Najważniejsze, że pamiętam chwilę, gdy po raz pierwszy dała
mi go w ramiona, mówiąc: „Sammy, popatrz, to twój tatuś”. A on wpatrywał się we
mnie, wyciągając mikroskopijnych rozmiarów rączki w kierunku mojej twarzy.
Chyba miałem wtedy łzy w oczach, gdy mówiłem drżącym głosem: „Cześć, Sammy”.
Bynajmniej tak mi relacjonowała to Lidia. Byliśmy wtedy najszczęśliwszymi
ludźmi pod słońcem. Czy mogliśmy chcieć czegoś więcej? Tylko tego, by sielanka
trwała wiecznie, by Bóg zrobił wyjątek i zatrzymał dla nas czas. Niestety,
wieczność nie istnieje, a Bóg…cóż… On ma wobec każdego swój własny, określony
plan. I choć miałem Mu często za złe, że nie mógł zmienić swoich zamiarów, to
miałem też za co dziękować. Zaznałem w końcu smaku prawdziwego szczęścia i
miłości. A nie każdy dostaje taką szansę.
Chciałabym życzyć Wam wszystkiego, co najlepsze. Zdrowia, szczęścia, miłości, przyjaciół i spełnienia choćby najskrytszych marzeń :) To już przedostatnia część i postaram się niedługo skończyć to opowiadanie. Może jeszcze ze mną trochę wytrzymacie :)