czwartek, 13 lutego 2014

Część piąta.

„Jeśli muszę i wybrać będę mógł jak odejść
To przecież dobrze, dobrze o tym wiem
Chciałbym umrzeć przy tobie”

 „Co myśli człowiek, który stoi nad grobem osoby, z którą chciał spędzić resztę swojego ponoć kompletnie bezsensownego życia?”. Wcześniej myślałem nad odpowiedzią, a teraz dostaję ją gotową, wprost na tacy. W tle już od jakiegoś czasu nie słychać leniwie granego marsza żałobnego i idiotycznych słów księdza, pewnego całkowicie, że tak dobra dusza trafi do nieba. Mnie za to trafia szlag, bo jestem gotów oddać swoje życie za osobę, która leży tam, zamknięta w drewnianej trumnie, kilka metrów pod ziemią. W takich chwilach wątpię w istnienie i słuszność decyzji samego Boga. W końcu to niemoralne zabierać szczęśliwą, młodą osobę, przed którą stoi otworem cały świat. W moich oczach powolnie zbierają się słone łzy, mimo że obiecałem jej kiedyś, że nie będę rozpaczał po jej śmierci.
-Tato, a kiedy mama wróci? –pyta mnie chłopczyk z lekko skręconymi włosami. Ma po niej oczy - ciepłe, mądre, jedyne w swoim rodzaju. W moim gardle rośnie gula, bo kompletnie nie wiem, co mam powiedzieć własnemu synowi. Czuję się fatalnie z myślą, że mały Sammy będzie sierotą. Będzie musiał wychowywać się bez własnej matki. Mój żołądek ściska się do granic możliwości, jakbym przed sekundą dostał solidnego kopniaka prosto w tę część ciała. Patrzę w oczy syna i klękam na kolana, nie zważając na to, że wybrudzę błotem garnitur, który to jeszcze ona mi wybierała. Ściskam mocno lekko ponad dwuletniego chłopczyka, próbując za wszelką cenę się nie rozkleić i nie zacząć przy nim płakać. Powinienem przecież świecić przykładem i być tym najbardziej rozsądnym z całej rodziny.
-Sammy, mama już…-zaczynam drżącym głosem, lecz przerywa mi moja rodzicielka.
-Choć Sammy, pójdziemy do sklepu, co? Dziadek mi powiedział, że kupimy nowy zestaw z klockami lego! –powiedziała ochoczo, a w oczach małego pojawił się specyficzny błysk.
-Mogę, tatusiu? –pyta, a ja tylko kiwam głową, bezgłośnie zgadzają się na tą propozycję. Patrzę teraz w oczy mamy i zaciskam znów wargi, starając się kontrolować moje emocje. Uśmiecha się do mnie ledwo widocznie i szepcze:
-Nie siedź tu za długo.
Potem odchodzą, a Sam jeszcze mi macha na pożegnanie. Wiem, że tej nocy już nie poczuje uścisku ukochanej mamy, że więcej nie usłyszy od niej cichego: „Śpij dobrze, kochanie”. On nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy. Z resztą skąd miałby to wiedzieć, skoro ma dopiero lekko ponad dwa lata. Wciąż nie jestem pewien jak oznajmię mu fakt, że Lidia nie żyje, ale najpierw sam muszę się z nią godnie pożegnać. Chociaż w ten sposób. Koło grobu nie ma już nikogo, cała uroczystość się już dawno zakończyła.
-Wybacz, kochanie. Tej obietnicy nie jestem w stanie dotrzymać. –mówię sam do siebie, choć tylko w mojej głowie, którą kieruję automatycznie w stronę nieba, prawie płacząc. –Usłysz mnie do cholery! Odpowiedz mi na cokolwiek! –chcę wrzeszczeć, lecz nie mogę wydobyć z siebie choćby krzty głosu. To wszystko mnie przytłacza. Cała atmosfera pogrzebu, śmierć młodej kobiety i strata miłości mojego życia. Klękam przed grobem i zaczynam płakać.
-Boże! –zaczyna mi brakować sił. Nie chcę się jednak kompletnie rozkleić, wiedząc że w domu będzie na mnie czekał nasz syn, w którego oczach już zawsze będę dostrzegał ją. –Pozwól mi do niej dołączyć, tak bardzo proszę. –myślę, przymykając powieki i patrząc w chmury. Chcę się przez nie przedrzeć, zobaczyć raz jeszcze jej uśmiech, usłyszeć jej słowa. W tym momencie solidnie by mnie opieprzyła. Jestem stuprocentowo pewny tylko tego faktu. Zaczyna powoli siąpić, ale nie zwracam na to szczególnej uwagi. Chcę porozmawiać z Bogiem, zawrzeć z nim tylko jeden cholerny układ. Albo niech mi ją zwróci, albo niech mnie do niej zabierze! Deszcz przybiera na sile, ale wiem, że długość jego trwania będzie odwrotnie proporcjonalna do długości mojego cierpienia. Przecież o tym wiem. Zdaję sobie sprawę też z tego, że kompletnie przemokłem i zapewne zachoruję. Nie dbam jednak ani o to, ani o nic innego. Wciąż klęczę i tym razem chowam głowę w dłoniach.
-Nie maż się, głupku! –słyszę jakby obok mnie. Podnoszę wzrok i znów czuję jej obecność. Jakby tu stała. O tu…metr ode mnie. –Przecież będę z tobą zawsze! -wyciągam ku niej dłoń i odnoszę wrażenie, że znów ją dotykam. Mam cholerne omamy i nie wiem, czy jestem chory psychicznie tylko trochę, czy już tak na poważnie.
-Jak mam się nie mazać, skoro zginęłaś w tym przeklętym wypadku?! –wrzeszczę złowieszczo, jakby mając jej to za złe. –Musiałaś się tak spieszyć jak zawsze?! –unoszę się gniewem, i nagle wydaję się sobie tak żałosny. Krzyczę przecież zdesperowany do powietrza, które mnie otacza. –Będziesz chociaż za nami tęsknić? –rzucam bezgłośnie pytanie, a ona uśmiecha się tak pięknie jak zawsze, wysyła mi całusa dotykając ustami lewą dłoń, i macha mi na pożegnanie. Odwraca się, ja wstaję, i…znika. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że oprócz dziecka, wspomnienia to jedyne, co mi zostawia.
Nie jestem pewien swojej przyszłości, tego, czy będę w stanie mu w choćby najmniejszym stopniu zastąpić matkę. I chyba podświadomie zdaję sobie sprawę, że nie. Powoli się uspokajam, podobnie z resztą jak niebo, z którego nie spadają już nawet najmniejsze krople deszczu. Wciąż jednak jest mnóstwo chmur, i z każdą chwilą zaczyna się ściemniać. Stoję wciąż nad jej grobem i wpatruję się w jej uśmiechnięte zdjęcie. Była wtedy taka szczęśliwa! W kieszeni znajduję paczkę papierosów i niedawno używaną, bo przecież do zniczy, zapalniczkę. Wyciągam jednego z nich i spoglądam to na grób, to na papierosa. Czytam jeszcze krótko napis na pudełku – „Palenie zabija”. Śmieję się w duchu – przecież już umarłem, więc co mi po tym. Odpalam i powoli wypuszczam z płuc dym, uspokajając zszarpane nerwy. A może mi się już tylko wydaje. W końcu tak łatwo przejść z normalności w paranoje. „Palę, gdy nie wiem, co mam zrobić z własnym życiem” – przypomina mi się jej głos, po czym gaszę papierosa. Przecież ja wiem, co musze zrobić. Muszę wrócić do domu, do syna, który boi się pewnie jak ja, bo od kilku dni nie widział mamy i nie wie, co się dzieje. Nikt nie miał odwagi, by powiedzieć mu, że to ona leży w tej trumnie. Wiem, że muszę być silny. Kocham swojego syna i gdyby nie on, pewnie nie miałbym powodu, by wciąż oddychać, czy chodzić po tej ziemi. W końcu kiedyś jej powiedziałem, że chciałbym umrzeć właśnie przy niej.
-Sammy cię potrzebuje. –mówię sam do siebie, po czym spoglądam ostatni raz na marmurowy pomnik. –Żegnaj. –szepczę. –Kochamy cię we dwoje bardzo mocno, wiesz? –kieruję wzrok ku niebu, po czym szybkim krokiem wychodzę z cmentarza. Nie dbam o pobrudzony garnitur czy ślady łez. Jestem przecież tylko człowiekiem, jakich tysiące w Londynie. Śmierć mojej ukochanej nie sprawi, że świat się zatrzyma, czy przestanie pędzić. To tylko kolejny zgon, nic więcej. Wracając do domu, myślę nad tym, co dała mi Lidia. I dochodzę do wniosku, że dała mi wszystko, co tylko mogła. Wykreowała mnie. Stworzyła na nowo. Uczyniła mnie najszczęśliwszym człowiekiem na całej kuli ziemskiej. Przypominam sobie jej słowa, by cieszyć się każdym przeżytym dniem, bo nie wiemy jak długo będziemy tu egzystować, bym dziękował Bogu za to, że doświadczyłem prawdziwej miłości. I choć nie potrafię się nie załamywać, tak jak mi nakazała, to wierzę, że w końcu zrozumiem sens jej słów. Zdań, które były przepełnione mądrością i miłością, co czyniło je jedynymi w swoim rodzaju. Chcę mieć nadzieję, że kiedyś podniosę się po tym ciosie, tak jak ona po każdym, które zadawał jej los.
Mimo wszystko jestem pewien trzech najważniejszych spraw –„Potęga miłości jest w stanie pokonać każdą przeszkodę”, „Wspomnienia z nią związane pozostaną w mojej pamięci na zawsze” i „Cierpienie nie będzie trwało nieskończenie”. Natomiast moje uczucia względem Lidii tak, choć ona w wieczność nie wierzyła. Są przecież na tym świecie rzeczy, które nie znikają, miłość, która nie ginie i ludzie, którzy pomimo śmierci, nigdy nie odchodzą…

Także to już koniec. Większość wiedziała od drugiej części jak ta historia się skończy, ale nie mogłam jej potoczyć inaczej. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe, no i liczę na to, iż jednak to krótkie opowiadanie przypadło Wam do gustu.
Wrócę z czymś po krótszym lub dłuższym czasie, ale wrócę :)
Jeśli zechcecie, poinformuję Was o tym na pewno.
A teraz żegnam i dziękuję za wszystkie opinie. To sama przyjemność pisać właśnie dla Was :*

czwartek, 2 stycznia 2014

Część czwarta

Od kiedy tylko pamiętam, próbowała mi wyperswadować, że pieniądze nie dadzą jej nigdy szczęścia. Szybko jej jednak zawsze odpowiadałem, iż wolę płakać w Porsche niż w Maluchu. Mrużyła wtedy tak zabawnie oczy i ściskała usta, które zawsze malowała krwiście czerwoną szminką, w jedną, wąską kreseczkę. Lubiła stawiać na swoim. I chyba właśnie dlatego często jej ustępowałem, by widzieć radość na jej twarzy, by słyszeć jej triumfalny śmiech w okolicach mojego ucha. Jednak najlepsze było w tym to, że dzięki tym pieniądzom, których nie chciała, spełniała swoje marzenia. Od dziecka chciała zwiedzić cały świat. W wolnych chwilach próbowałem więc robić wszystko, by pomóc jej w zrealizowaniu ambitnych planów. Pierwszym krajem, do jakiego się wybraliśmy była, rzecz jasna, Francja. Miała na jej punkcie kompletnego bzika. Ba! Ona wolała pisać wiersze nie w ojczystym angielskim, a właśnie po francusku. Powtarzała, że najpiękniejsza poezja powstaje we Francji. Potrafiła nawet mówić do mnie w tym języku! Ponoć były to wyznania miłości, ale z racji, że nie znałem francuskiego, nie dawałem w to całkowicie wiary. Równie dobrze mogła mnie obrażać, skoro i tak nic nie rozumiałem.
-Wiesz, wieża Eiffla jest cholernie przereklamowana. –rzuciła od niechcenia, zadzierając głowę do góry, by obejrzeć budynek w całości. –To tylko kupa złomu. –dodała, kręcąc z dezaprobatą głową.
-Ale przecież to cud architektoniczny, mała.- odparłem ze śmiechem.
-To wciąż zardzewiała kupa złomu. –wzruszyła ramionami.
-Czemu się więc na to tak napaliłaś? –zapytałem, patrząc jej prosto w oczy. –powtarzałaś -„Zobaczymy wieżę Eiffla! Wieżę Eiffla!” jakieś trzydzieści razy podczas lotu samolotem. –zaśmiałem się, widząc jej zmarszczony nosek.
-Myślałam, że tu będzie romantycznie. –powiedziała cicho. –A okazuje się, że bardziej romantyczne od tego jest nasze wspólne mieszkanie. – mówiła wszystko prosto z mostu, bez najmniejszego zawahania, co rozbawiło mnie jeszcze bardziej.
-To wracamy do naszej sypialni? –zażartowałem.
-Oszalałeś?! Jeszcze muszę tu zrobić kilka rzeczy! –oburzyła się, zakładając drobne dłonie na swoją wąską talię przykrytą przewiewną, choć ciemną sukienką.
-Liczę, że jakieś okazywanie uczuć się na niej znajduje. –szepnąłem, całując ją w sam środek ust. Oderwała się jednak ode mnie, chwyciła moją dłoń i pociągnęła w nieznanym mi kierunku.
-Idziemy do restauracji i będziemy jeść ślimaki! –rzuciła hasło, a ja stanąłem w miejscu. Ona jednak maszerowała dziarsko przed siebie, nie oglądając się nawet za mną.
-Powiedz, że żartujesz! –zero reakcji. –Kochanie, ale proszę…wszystko tylko nie…! –chciałem krzyknąć, lecz odwróciła się na sekundę i z uśmiechem, od którego miękły mi kolana za każdym razem odkrzyknęła:
-Nie kombinuj, Collins!
-Od kiedy mówisz do mnie po nazwisku? –zawołałem jeszcze, lecz już biegłem, by ją złapać. Tradycyjnie z resztą, choć nie miałem nic przeciwko temu.

Często zastanawiałem się, co siedziało w jej głowie. O czym myślała idąc spać? Co chciała powiedzieć przez słowa „Jesteś wszystkim najgorszym, a jednocześnie najlepszym, co spotkało mnie w życiu”? To przecież można było odczytać tak dwuznacznie… Kiedyś ją o to spytałem, ale odpowiedziała na tyle wymijająco, że dałem sobie spokój już na długi czas. Pewnie bym potem ponowił pytanie, ale nie zdążyłem. Cóż, przynajmniej dostałem nauczkę, by nie odkładać niczego na jutro. Zdałem sobie sprawę, że jutra po prostu może nie być. Była dla mnie jedną, wielką, chodzącą zagadką. Mogłem się spodziewać po niej wszystkiego. Nie sposób było zgadnąć jak zareaguje na dane słowa, czy określone gesty. Nieprzewidywalność była jej cechą charakterystyczną. Ale kochałem ją przecież między innymi za to. Właściwie to za wszystko, mimo że często irytowała mnie jak nikt inny. Ponoć jednak to właśnie fakt, że od czasu do czasu się kłócimy świadczy o tym, że wciąż ludziom na sobie zależy. Najwidoczniej zależało nam jak cholera, bo sprzeczaliśmy się niemalże co chwilę. Nie oszukujmy się jednak....była też dla mnie jedynym trafnym pytaniem, ale i jedyną poprawną odpowiedzią. Często zastanawiam się, kim bym się stał, gdybym jej wtedy nie poznał, gdybym obrał kompletnie inną drogę życiową. Czy ktoś pasowałby do mnie tak jak ona? Czy znalazłbym kobietę, przy której faktycznie czułbym, że żyję i że jestem całkowicie sobą? Mogłem jedynie zadawać sobie te pytania, lecz w głębi duszy zdawałem sobie sprawę, że odpowiedź na nie znam. Przecież takiej miłości jak nasza nie znajduje się w na ulicy, czy nie kupuje w supermarkecie. To, co mieliśmy, było najbardziej wyjątkowe jakie mogło być. Nie żałuję więc żadnych słów, żadnych rozmów, żadnych chwil.

Zwykle zaskakiwała mnie w tych ponoć najnormalniejszych chwilach. Pewnego marcowego popołudnia siedzieliśmy sobie wygodnie na kanapie, oglądając jakiś idiotyczny film. Znów musiałem ustąpić, ale chyba nie miałem nic przeciwko.
–Jak bardzo mnie kochasz? –spytała wtedy, patrząc mi w oczy, jakby to tam poszukiwała dowodu mojej miłości.
-Tego nie da się określić w zwykłych słowach.-westchnąłem cicho, zakładając jej zagubiony kosmyk ciemnych włosów za ucho. Jak zwykle nie chciały się jej słuchać, nawet pod przymusem ze strony prostownicy.
-To użyj w magicznych. –uśmiechnęła się, a ja sam zastanowiłem się, czy znam odpowiedź na to pytanie.
-Ty jesteś w tym lepsza. –grałem na czas, delikatnie dotykając opuszkami palców jej policzka. Zmrużyła wtedy leciutko powieki, a kąciki ust uniosła w górę.
-Ale to tobie zadałam pytanie, więc się nie wymiguj. –szepnęła, nie zmieniając pozycji. Na dłuższą chwilę zapadła głucha cisza, bo jednak zastanawiałem się, jakie słowa będą w tej sytuacji odpowiednie.
-Kocham cię tak…że chciałbym umrzeć przy tobie. –odparłem, czując, że mówię całkowitą prawdę.
-Nie wygłupiaj się, pytam poważnie. –oderwała się ode mnie, po czym spojrzała mi głęboko w oczy.
-Wiem o tym dobrze, że mógłbym oddać nawet za ciebie swoje życie. Prawie magiczne słowa, nie? –teraz to ja zażartowałem, choć moje wyznanie było kompletnie szczere.
-Jako polonistka postawiłabym ci za nie dwóję, przez głupotę i ślepy romantyzm…ewentualnie przy korzystnych wiatrach trójkę. -zaśmiała się głośno -Wiesz, przyzwoita forma.
-Ej! To niesprawiedliwe. – oburzyłem się teatralnie, lecz potem i tak pocałowałem ją w sam środek ust.
-Dodałabym jeszcze plusa za dobre chęci. –dodała, przerywając na ułamek sekundy, po czym wróciła bez sprzeciwu do poprzedniej czynności.

 Święta Bożego Narodzenia wywoływały w nas nieco sprzeczne uczucia. Prószący lekko śnieg, lampki na ogromnych choinkach i czas spędzany w gronie najbliższych. Tak można było opisać moje wyobrażenie tych dni. Ona natomiast twierdziła, że to wszystko to jedna wielka szopka, udawane szczęście i przebrani oszukańcy, udający gościa, który w rzeczywistości nawet nie istnieje. Mówiłem wtedy o braku jej poczucia wewnętrznego dziecka. Mrużyła oczy, śmiejąc się i odpowiadając w natychmiastowym tempie, że jej mała dziewczynka jest mądrzejsza od mojej małej wersji. Zazwyczaj nacierałem ją też w takim momencie śniegiem. Dorzucała potem, że moje wewnętrzne dziecko trzeba zapisać do psychologa, bo w tak młodym wieku rzuca się na bezbronne dziewczynki. Jednak chwytałem ją za dłonie, będąc pewnym, że ta kobieta to spełnienie moich najskrytszych marzeń, po czym szeptałem krótkie wyznania miłości wprost do jej ucha. Liczyliśmy się wtedy tylko i wyłącznie my. To były ostatnie takie momenty w ciągu spędzonego wspólnie roku, bo potem nadeszło Boże Narodzenie. Po całym dniu spędzonym w towarzystwie naszych rodzin, z oczywistym uśmiechem na ustach, znaleźliśmy dla siebie czas dopiero wieczorem. Ona, ubrana w czerwoną sukienkę, idealnie podkreślającą jej długie, chude nogi. Ja, wciąż w czarnym, dopasowanym garniturze. Usiedliśmy przy nakrytym stole, z zapaloną świeczką o waniliowym zapachu stojącą na samym jego środku, i prezentami dla siebie w rękach. Była najbardziej nieprzewidywalną osobą, jaką kiedykolwiek poznałem w życiu. Pewnie tylko dzięki niej miało ono jakiś smak.
-Mam dla ciebie dwa prezenty. –powiedziała cicho, po czym uśmiechnęła się w sposób, przez który miękły mi kolana. Zmarszczyłem lekko czoło, zdziwiony jej słowami. Podeszła podała mi dwa pudełka o podobnej wielkości. Obydwa zapakowane w najlepszy możliwy sposób – była w końcu perfekcjonistką. Nie mogła czegoś zrobić byle na odczepnego.
-Dziękuję. –szepnąłem, podając jej upominek od siebie. Jednak uścisnęła mnie nagle mocno, śmiejąc się zbyt nerwowo. –Wszystko w porządku? –spytałem automatycznie.
-Otwórz najpierw ten prezent. –wskazała mi na pudełko w stalowym papierze. Podniosłem do góry brwi, ale nie psując tej chwili, odpakowałem je. Jakie zdziwienie musiałem mieć wtedy na twarzy, skoro niemalże pisnęła z radości. Byłem kompletnie zdezorientowany, ale głównie pozytywnie. Na pewno też trochę przestraszony, choć potem okazało się, że nie miałem ku temu żadnych powodów.
-Wszystkiego najlepszego, przyszły tatusiu. –szepnęła, stojąc wciąż naprzeciwko mnie i czekając na moją reakcję. Spoglądałem to na nią, to na malutkie body dla dziecka z napisem: „The best daddy ever”, nie mogąc wykrztusić z siebie słowa. Pocałowałem więc ją, nie wiedząc, co innego mógłbym zrobić. Jak mogłem zareagować na jasny przekaz – będę miał potomka?
-Jesteś pewna? –spytałem w końcu, odrywając od niej swoje wargi. Wpatrywałem się w jej oczy, tak przepełnione szczęściem. Pokiwała tylko głową na potwierdzenie informacji.
-Jestem w trzecim miesiącu, Martin. –dodała, a ja wybuchłem śmiechem. –Czemu się śmiejesz? –spytała, patrząc na mnie bezustannie.
-Jestem najszczęśliwszym mężczyzną na tej ziemi! –oznajmiłem, a ona wtuliła się ponownie w moją klatkę piersiową. –Kocham cię. Najmocniej na świecie. A właściwie to kocham was. –dodałem już ciszej, trzymając ją w moich ramionach. Ją i skarb pod jej sercem.
-Jak będzie to chłopczyk to nazwiemy go Sammy. –odparła, unosząc podbródek do góry.
-Nie mam już nic do powiedzenia? –zaśmiałem się głośno, a ona dołączyła po chwili.
-Nie.- cmoknęła mnie w sam środek ust, a ja schyliłem się i pozostawiłem buziaka na jej brzuchu.
-Cześć, mały. –szepnąłem. –Masz najcudowniejszą mamę na ziemi, wiesz? -rzuciłem, zdając sobie sprawę jak prawdziwe są moje słowa. Mogę też stwierdzić, że te święta były najcudowniejszymi w moim całym życiu. Był to jeden z momentów, które zapadły mi w pamięć najmocniej. Porodu nie pamiętam. Lidia chciała, bym trzymał ją za dłoń. Spełniłem więc jej życzenie, mdlejąc przy okazji na porodówce. Wspominała jednak, że ponoć nie odebrało mi to wrodzonej męskości. Najważniejsze, że pamiętam chwilę, gdy po raz pierwszy dała mi go w ramiona, mówiąc: „Sammy, popatrz, to twój tatuś”. A on wpatrywał się we mnie, wyciągając mikroskopijnych rozmiarów rączki w kierunku mojej twarzy. Chyba miałem wtedy łzy w oczach, gdy mówiłem drżącym głosem: „Cześć, Sammy”. Bynajmniej tak mi relacjonowała to Lidia. Byliśmy wtedy najszczęśliwszymi ludźmi pod słońcem. Czy mogliśmy chcieć czegoś więcej? Tylko tego, by sielanka trwała wiecznie, by Bóg zrobił wyjątek i zatrzymał dla nas czas. Niestety, wieczność nie istnieje, a Bóg…cóż… On ma wobec każdego swój własny, określony plan. I choć miałem Mu często za złe, że nie mógł zmienić swoich zamiarów, to miałem też za co dziękować. Zaznałem w końcu smaku prawdziwego szczęścia i miłości. A nie każdy dostaje taką szansę.


Chciałabym życzyć Wam wszystkiego, co najlepsze. Zdrowia, szczęścia, miłości, przyjaciół i spełnienia choćby najskrytszych marzeń :) To już przedostatnia część i postaram się niedługo skończyć to opowiadanie. Może jeszcze ze mną trochę wytrzymacie :)

środa, 11 grudnia 2013

Część trzecia

Wątpię, że pamiętam nasze wszystkie wspólne chwile z dokładnymi szczegółami. Było przecież ich w końcu w ciągu tych 36 miesięcy tak wiele. Musiałbym pewnie robić skrupulatnie notatki z każdego dnia, by nie pominąć tych wyjątkowych momentów przeżytych razem. Fakt, większość z nich są tymi zaliczającymi się na najbardziej pospolitych jak kawa pita zbyt szybko o poranku, czy oglądanie jej ulubionych seriali w telewizji, które były często po prostu idiotyczne. Jednak mam z pamięci kilka chwil wyjątkowych. Na pewno zaliczyłbym do nich naszą pierwszą randkę. Planowałem ją od tygodni, zamawiając odpowiednie miejsce w wybranej restauracji, szukając inspiracji, by zrobić wszystko, co mogłoby sprawić, że faktycznie i ja się jej spodobam. Każdy szczegół był dokładnie obmyślony. Chciałem przecież, aby wszystko wyszło wprost perfekcyjnie. Najzabawniejsze jest jednak to, że i tu jej słowa się sprawdzały. „Nie planuj niczego, bo życie i tak cię czymś zaskoczy”. Miała rację i w tym przypadku. Chociaż…przecież prawie zawsze ją miała. Wszystko tego dnia potoczyło się kompletnie inaczej od tego pożądanego przeze mnie ideału. Dostałem z samego rana telefon, że restaurację zamknięto z powodów osobistych właściciela. Zamiast pięknej pogody, deszcz padał niemalże bez przerwy. Musiałem improwizować, więc zabrałem ją na sztuczne lodowisko. Chciałem pewnie udowodnić swoją męskość i trzymając ją za dłonie, uczyć jazdy na łyżwach. Jednak zamiast się popisać, przywitałem się w najmniej przyjemny sposób z zimną taflą lodu. Chociaż liczył się wtedy jej śmiech, który pokochałem od samego początku znajomości.
-Genialnie zacząłem randkę. –zażartowałem, lekko zdenerwowany, choć próbując uśmiechać się mimo to.
-Mi się podoba. Nie lubię władczych samców alfa. –odparła, ukazując rządek swoich idealnie białych zębów.
-Czyli robię za mięczaka i dlatego mnie lubisz? –spytałem, wstając z lodu i chwytając jej dłoń.
-Nie…-ociągała się z odpowiedzią, przybliżając się do mnie w tym samym czasie. Przełknąłem głośno ślinę i spojrzałem na jej wargi, nie marząc o niczym, jak ją pocałować. –Po prostu cię lubię. –dodała z wyższością, gdy chciałem się pochylić i połączyć nasze usta. Odsunęła się jednak zręcznie i odjechała. –Dogoń mnie i spróbuj szczęścia! –rzuciła ze śmiechem. Zacząłem ją wtedy gonić, nie wiedząc, że jest to zadanie niewykonalne. W sensie dosłownym – Skubana, umiała jeździć na łyżwach, uświadamiając mi po spotkaniu, że robi to od dziecka. Ale też w przenośnym – w końcu nigdy nie przestałem jej gonić. Była nieuchwytna, jakby nawet nierealna. A jednak była kobietą mojego życia.

Innym takim momentem był nasz pierwszy pocałunek. Wbrew pozorom takowy na lodowisku się nie wydarzył. Niby ją wtedy złapałem, ale cmoknęła mnie wtedy tylko w policzek, szepcząc mi gdzieś w okolicach ucha: „Nie liczyłeś na nic innego, prawda?”. Chyba to właśnie takie przeciąganie ważnych chwil potęgowało ich moc. Oczekiwanie na nie czasem wydawało się być ponad miarę, ale ostateczna nagroda był wszystkim najlepszym, co mogliśmy sobie dać. Czekałem więc cierpliwie(lub mniej) aż do 6 grudnia. Spacerowaliśmy powoli ulicami Londynu, widząc raz za razem mężczyzn poprzebieranych za św. Mikołaja. Czerwone stroje, gigantyczne brzuchy i worki wypełnione wyimaginowanymi prezentami. Mróz delikatnie odznaczał się na naszych policzkach i jej czerwonych od zimna dłoniach.
-Gdzie zgubiłaś rękawiczki? –spytałem z troską w głosie.
-Gdzieś w mieszkaniu, mamusiu. –odparła przekornie, z uśmiechem – tym zwalającym z nóg. Ująłem więc wtedy jej dłoń, narażając się na jakieś wygłupienie. Zgrywałem odważnego mężczyznę – tak, tego samego samca alfę, co na lodowisku. Tym razem jednak nie musiałem ponosić klęski na tym polu. Ścisnęła mocniej moją rękę, a ja nie reagowałem, choć w duszy niemalże skakałem z radości.
-Nie jestem pewna, czy 24-letnia dziewczyna powinna chodzić z mamusią za rękę. –dodała pół żartem, pół serio. Zaśmiałem się, słysząc jej słowa, po czym w ciągu sekundy ująłem jej twarz w dłonie. Nawet nie zdążyła zareagować.
-Mamusia nie robi też chyba tak. –szepnąłem, by po sekundzie połączyć swoje usta z tymi należącymi do niej. Delektowałem się tym pocałunkiem, niby najlepszą rzeczą w swoim życiu. Chyba nawet nie spostrzegłem, kiedy na moje usta wkradł się zdradziecki uśmiech, a na jej policzki – zdradziecki rumieniec. Spoglądałem wtedy w jej brązowe oczy, nie będąc całkowicie pewnym, czy to się stało naprawdę.
-Nie. Tak nie robi. –odparła, biorąc krótki wdech.
-Tak myślałem. –rzuciłem, uśmiechając się szelmowsko. Najciekawsze w tym wszystkim było to, że przez cały czas nie chciała nawet wyswobodzić swojej dłoni. Ale doszedłem do wniosku, że ostatnim czego pragnąłem wtedy, jak i potem to rozluźniać ten uścisk. Właściwie to mogłem ją trzymać za tą dłoń po wieczność…bez najmniejszej przerwy.

W mojej pamięci na pewno pozostaną nasze wspólne spacery po mieście. Rzecz jasna, nocą. Twierdziła, że tworzy to jedyną i niepowtarzalną atmosferę. Taką, której nie jest w stanie nic zastąpić. Mówiła wtedy o byciu niezrozumianą prze innych, o odbieraniu sztuki, czasem nawet o uczuciach. Miała w zwyczaju patrzeć mi się w oczy przy każdym wypowiedzianym ‘kocham cię’ w moim kierunku. Pewnie chciała mieć pewność, że nie wątpię w te słowa. Nie wątpiłem i nie wyobrażam sobie bym kiedykolwiek mógł to zrobić. Nigdy nie spodziewałem się też, że te dwa krótkie wyrazy mają taką moc. Człowiek czeka na odpowiedni moment, by w końcu je z siebie wydusić, a tu słyszy je i czuje się, jakby dosłownie przed sekundą dostał obuchem przez głowę.
-Kocham cię – powiedziała na jednym z takich właśnie spacerów. Wiatr rozwiewał jej wtedy delikatnie włosy, a usta miały tradycyjnie karminowy kolor. Z nieba powoli zaczynał padać drobniutki deszcz, a ona stała na chodniku jakby nigdy nic, mówiąc mi to prosto z mostu. Wstrzymałem wtedy oddech, pamiętam to dobrze, musiałem się przywoływać do porządku i zdać sobie sprawę, że wdechy i wydechy należą do tych czynności koniecznych. Uśmiechała się pięknie, choć większość ludzi powiedziałaby, że po prostu…tylko zwyczajnie.
-Ja cię kocham bardziej. –odpowiedziałem, przygarniając ją do siebie i obejmując mocno. –A teraz chodź, bo zmokniemy. –dodałem, całując ją w czubek głowy. Jednak chwyciła moją dłoń i pociągnęła mnie prosto.
-Co z tego, że zmokniemy? –uniosła brwi do góry, a ja tylko zacząłem się śmiać. Wiedziałem, że już nie zmienię tego co się wydarzy. Muszę powiedzieć, że często człowiek patrząc na nią, odnosił wrażenie, że nie jest zupełnie zdrowa psychicznie. Kochałem ją jednak z wszystkimi wariactwami, dziwactwami do niej przynależnymi. W końcu w związku tak ważne jest akceptowanie siebie nawzajem….kochanie za wszystko, i pomimo wszystko.

Jednej, czerwcowej nocy byliśmy na takim spacerze w malutkiej miejscowości, u moich rodziców. Położyliśmy wtedy granatowy koc w białą kratę na ciemnozielonej trawie. Włączyła w odtwarzaczu utwór Doris Day z lat pięćdziesiątych lub sześćdziesiątych - nigdy nie byłem tego pewien -który uwielbiała ponad wszystko. Śpiewała cicho razem z wokalistką słowa piosenki „Dream a Little Dream of me”, przymykając przy tym delikatnie powieki. Ja za to siedziałem, zapatrzony w tą drobną brunetkę, będąc pewnym, że nie wyobrażam sobie codzienności właśnie bez niej. Było nam perfekcyjnie, ona mogła nucić do woli, delektując się każdym, choćby najzwyklejszym dźwiękiem, a ja zachwycałem się całym wieczorem w jej towarzystwie.
-Przestań się tak na mnie patrzeć! –zaczęła się śmiać, gdy chwyciłem jej drobną dłoń. –Kładź się obok i patrz w niebo! –mówiła, dopóki nie zrobiłem tego, o co mnie poprosiła. Nie słychać było nic oprócz tej piosenki w tle, odgłosu wydawanego przez świerszcze i naszych oddechów, głębokich i pełnych, by nacieszyć się całkowicie tą nocą.
-Niesamowite. –szepnąłem, spoglądając na niesamowicie granatowe niebo, na którym nie było choćby jednej najmniejszej chmurki. Wydawało się być wtedy po prostu magiczne.
-Wiesz, kiedy byłam małą dziewczynką, mój ojciec opowiadał mi, że te wszystkie gwiazdy na górze to marzenia ludzi. –zaczęła dość cicho, lecz kontynuowała coraz pewniej. -Wszyscy przecież o czymś śnią, czy czegoś pragną. Zawsze wydawało mi się, że najpiękniejsze to te, które świecą najmocniej..- zaśmiała się pod nosem, gdy ja uścisnąłem mocniej jej dłoń. -A potem odkryłam jak głupie było moje myślenie.
-Dlaczego? –spytałem, patrząc uważnie na jej wyraz twarzy.
-Bo każda gwiazda to jedno, niepowtarzalne marzenie. Nie jest ważne jak wygląda, i czy każdy ją zauważa. Czasem najbardziej niepozorna gwiazda, to uosobienie najpiękniejszego snu, najcudowniejszego pragnienia. –przerwała na kilka sekund, leżąc w kompletnej ciszy.
-Czyli każdy ma swoją gwiazdę? –zapytałem, a ona spojrzała mi prosto w oczy.
-Tak, Martin. Każdy. –odparła najbardziej naturalnym tonem, na jaki było ją stać.
-To która jest twoja? –zadałem pytanie, po którym usłyszałem donośny śmiech. Właśnie ten najbardziej uwielbiany.
-O ta! –pokazała na jedną spośród milionów gwiazd.-Albo ta! –wskazywała na cztery różne, próbując się na którąś zdecydować.
-Ta jest nasza! –przerwałem jej, wskazując na jedną z tych, które świeciły dość mocno. Jednak zamiast zachwytu, znów otrzymałem w nagrodę śmiech swojej ukochanej. Zdziwiony spytałem, czemu się śmieje. Jednak nie odpowiedziała mi, tylko chwyciła mnie za dłoń i prowadziła w kierunku domu. Czułem woń jej delikatnych perfum, które przecież dostała w prezencie ode mnie na święta. Używała ich tylko przy specjalnych okazjach.
-To jak, co było w tym takiego śmiesznego? –stanąłem w miejscu, obejmując ją mocno swoimi ramionami. Pewnie czuła się przy mnie dobrze, bo wtulała się wtedy zawsze jeszcze bardziej, jakby poszukując u mnie zatraconego w dzieciństwie bezpieczeństwa.
-Z taką pasją wskazywałeś na samolot, że żal mi było uświadamiać ci twój błąd –zaśmiała się, po czym pobiegła w kierunku domu. Stałem na środku polany, z kocem pod pachą i jej zapachem, który pozostał na mojej szarej koszulce. Uśmiechnąłem się sam do siebie, po czym spojrzałem w niebo na jedną z gwiazd. Wiedziałem, że to jest właśnie ta, która zawiera jedno, wyjątkowe życzenie – „byśmy byli razem na zawsze”.
Pewnie nie zdążyła mi wspomnieć, że marzenia to tylko i wyłącznie wynik naszej wyobraźni, czy ukrytych pragnień. Powinienem sam zdawać sobie sprawę z możliwości ich niespełnienia się. Nie każdemu przecież ostatecznie pisany jest ‘happy end’.


Przepraszam, że dopiero teraz. Umiejętne rozplanowywanie czasu nie jest jednak moją mocną stroną. Cóż...mam jedynie nadzieję, że wciąż chcecie do czytać i będzie Wam się podobało. Tylko dwa rozdziały i kończymy tą krótką historię. Może wytrzymamy razem, co? :)
Pozdrawiam ciepło w (bynajmniej u mnie) mroźne dni :*

niedziela, 17 listopada 2013

Część druga

Czasem wydaje mi się, że to wszystko mi się po prostu wyśniło. Mam wrażenie, że to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni i nic z tego, co się zdarzyło nie miało miejsca w prawdziwym świecie. Nie wierzę, że trafiliśmy na siebie i przeżyliśmy wspólnie prawie trzydzieści sześć miesięcy. Trzy lata rozpoczęte tego pamiętnego szesnastego listopada. Poszedłem wtedy zrezygnowany do klubu razem z Chrisem, który mnie niemalże o to błagał. Mówił, że musi się spotkać z jedną dziewczyną, która ma zabrać jakieś koleżanki. Nie byłem przekonany do jego planu, ale jako dobry przyjaciel zgodziłem się bez zająknięcia. Dotarliśmy na miejsce, wypiliśmy po jednym drinku na rozgrzewkę. Tego dnia strasznie padało, więc dopiero po czarodziejskiej mocy alkoholu przestałem się trząść z zimna. Zostałem przedstawiony trójce młodych kobiet, jednak żadna z nich po przedstawieniu nie zachwyciła mnie żadnym stopniu. Ani jedna nie miała w sobie iskry, czegoś, co zwróciłoby moją uwagę i jednocześnie zawróciło mi w głowie. Jednak wtedy weszła ona, podbiegła zdyszana do przyjaciółek, z lekko potarganymi włosami i czerwonymi od zimna policzkami.
-Jak zawsze spóźniona i zabiegana. –zaśmiała się bliska koleżanka mojego przyjaciela.
-Przepraszam! Tym razem miałam dobry powód! –zawstydziła się delikatnie, poprawiając ciemne loki, które chciała wyprostować, nawet dłonią! - Ale tam na chodniku grał świetnie na gitarze jeden młody chłopak. Musiałam się zatrzymać i wysłuchać i... –tłumaczyła się szybko, a każda z dziewczyn objęła ją na przywitanie.
-No to jego właśnie chciałam Ci przedstawić. – blondynka uśmiechnęła się, pokazując na mnie. Brunetka spojrzała w moim kierunku, przekrzywiła głowę lekko w prawą stronę i uśmiechnęła się w przesympatyczny sposób, przez który po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem jak miękną mi kolana.
-Cześć, jestem Martin. –powiedziałem, wyciągając dłoń do chudej dziewczyny z dołeczkami w policzkach.
-Cześć, jestem Lidia. –odparła, wpatrując się śmiało w moje oczy.

Przeczytałem, w którejś z książek, że ponoć to właśnie w ten sposób rozpoczyna się każda tragiczna historia miłosna. Nasza też.

Mieliśmy po dwadzieścia kilka lat. Ja z całkiem ustatkowanym życiem, marzeniami i jakimiś planami na przyszłość. Ona planów nie miała choćby najmniejszych. Gdy chciałem się z nią nimi podzielić, cytowała słowa jakiegoś człowieka, które brzmiały tak: „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach”. Dodawała potem: „Bogiem nie jestem, ale mnie też to śmieszy tak samo”, po czym zwykle wybuchała właśnie śmiechem. Trudno się było z nią nie zgadzać – jej słowa w końcu były tak trafne, że sam zastanawiałem się jak głupie są moje przekonania. Zmieniła mnie kompletnie. Z nieogarniętego, lubiącego zabawę wiecznego studenta, stałem się Mężczyzną, pisanym przez duże M. To jej dobro stawiałem zawsze na pierwszym miejscu, była dla mnie ważniejsza niż nawet ja sam. Mimo jej protestów, rzecz jasna. Bo przecież traciłem ponoć przez to własną tożsamość! Stwierdzę też jeden ważny fakt – zdałem sobie dzięki niej sprawę, jak bardzo błądziłem, jak często się myliłem. I nawet, jeśli to właśnie te złe decyzje mnie ukształtowały, to ona naprowadziła mnie na właściwą drogę. Stała się moim drogowskazem na nieznanej dotąd drodze. Była pasażerem, siedzącym w samochodzie obok kierowcy, który wykręca kierownicę i mija drogę z żarzącym się napisem „Donikąd”. Była wszystkim, o co kiedykolwiek mógłbym prosić Boga. Mogłem Mu tylko dziękować za to, że postawił ją na mojej drodze i nie zabrał mi jej w ciągu godziny, czy dwóch. Niczym najlepszy prezent zesłany z Góry, budziła mnie rano krótkim pocałunkiem i delikatnym dotykiem swojej dłoni na moim policzku. „Wstawaj, kochanie.” padało z jej ust, gdy miała nadzwyczaj dobry humor. Zazwyczaj rozgrywał się między nami dialog jak pomiędzy tysiącem innych, zwykłych par.
-Jak będziesz się tak wylegiwał to się spóźnisz. No wstawaj!
-A kochasz mnie chociaż trochę?
-Kocham. A teraz ruszaj się, bo nie tylko szef zacznie na ciebie wrzeszczeć, ale i ja!
-Cudowny poranek, też cię kocham! –rzucałem, po czym cmokałem ją gdzieś w okolice policzka, a może szczęki. Zależało od tego jak bardzo byłem z rana nieprzytomny.
Trudno uwierzyć w fakt, że to wszystko przetrwało prawie trzy lata. Niecałe trzydzieści sześć miesięcy przepełnionych miłością, rzecz jasna romantyczną i zmysłową, uczuciami, o których istnieniu nawet nie miałem pojęcia, zapachem porannej kawy, ale i kłótniami. Właściwie to sprzeczaliśmy często o przeróżne głupoty. O to, czy jej maszyna do pisania nie jest zbyt głośna, czy lepszy jest mój średnio zdrowy tryb żywienia, a może jej wegetarianizm. O to, kto jest lepszy – Metallica czy The Rolling Stones. O jakość produktów w wybranych sklepach. O wybór meczu Ligi Mistrzów, gdy w tym samym czasie miały mieć miejsce dwa ciekawe spotkania. O smak chipsów, które tak często zajadaliśmy w trakcie oglądania filmów – jej ulubionych – tych z lat osiemdziesiątych. Potrafiliśmy się nawet pokłócić o to, czy moja zwykła czarna kawa, czy jej z mlekiem i miodem jest lepsza. Ale któreś z nas zawsze ustępowało, dość szybko, w końcu bezsensu było tracić czas na jakieś idiotyczne dyskusje. I myśląc nad tym wszystkim głębiej, nie wiem dlaczego to wszystko nam się udało. W końcu byliśmy jak ogień i woda. Lubiliśmy kompletnie inne rzeczy i pojmowaliśmy świat całkowicie inaczej. Ja żyłem w przekonaniu, że wszystko ma swój określony porządek. Ona natomiast chciała ustalać własne prawa w swoim małym, prywatnym świecie. Ja, próbowałem skrupulatnie planować szczegóły moich dni, gdy ona rzucała we mnie jakąś książką, krzycząc, że życie mam tylko jedno i marnuje je na bezsensowne zamierzenia. Lubiłem spać, a moja ukochana stukała nocą, w zastraszająco szybkim tempie, o klawisze swojej maszyny do pisania. Narzekała na laptopy i inne nowinki techniczne prawie codziennie. Była pełna sprzeczności – chciała żyć nowocześnie, ale pozostać przy tym w kilku sprawach zawziętą tradycjonalistką. Propagowała zdrowy tryb żywienia i wegetarianizm, a zdarzało się jej odpalać papierosy właśnie w mojej sypialni. Otwierała wtedy okno i zaciągała się, przymykając powolnie powieki. Gdy pytałem, po co to robi i czemu zaśmieca mi powietrze, odpowiadała krótko: „Palę tylko w dwóch sytuacjach - gdy nie wiem, co mam zrobić ze swoim życiem i…po dobrym seksie”. Śmiałem się wtedy, zakładając ręce za głowę, a ona odwracała się i ironicznie rzucała: „Że też ty zawsze myślisz o tej drugiej opcji”. Zasypiałem wtedy zwykle z uśmiechem na ustach, po tym jak wtulała się w moja klatkę piersiową.
Do tej pory w uszach obija mi się dźwięk naciskanych szybko klawiszy o czwartej nad ranem.

Kiedyś leżeliśmy razem na łóżku, w mojej śnieżnobiałej pościeli, zmiętej, bo ciągle się wierciła. Za oknem deszcz okropnie dudnił o parapet, tworząc według niej jedyną i niepowtarzalną symfonię – niczym miód dla jej uszu. Dla mnie zwiastowało to długi, szary dzień w pracy i smugi na oknach w samochodzie. Nigdy nie spodziewałbym się, że padnie wtedy z jej ust takie pytanie:
-Co byś zrobił, gdybyś usłyszał od kogoś, że umarłam?
Patrzyłem się wtedy na nią, prosto w jej czekoladowe oczy, próbując zrozumieć sens jej słów.
-Ale…? –chciałem zacząć, lecz nawet nie dała mi dokończyć.
-Po prostu mi odpowiedz, to dla mnie ważne. –dodała, całkowicie pewna siebie. Zupełnie jakby oczekiwała odpowiedzi na to, co chcę zjeść na śniadanie. Wbiłem wtedy wzrok w sufit, pęknięty gdzieś w dwóch miejscach, i oddychałem miarowo, kompletnie zszokowany.
-Nie mógłbym w to uwierzyć, sądziłbym, że ktoś mi robi jakiś chory żart. –zacząłem niepewnie, a ona czekała tak niecierpliwie na ciąg dalszy. –Gdy uświadomiłbym sobie, że naprawdę zostawiłaś mnie i cały świat…-zawahałem się. –Pewnie bym się załamał. –wzruszyłem ramionami, a ona uderzyła mnie w jedno z nich, marszcząc swoje czoło.
-Nie mógłbyś tego zrobić, idioto! –oburzyła się, a ja nie rozumiałem jej wtedy w żadnym momencie. Odsunąłem się od niej i spojrzałem na nią pełen obaw, co do zachowania ukochanej. –Zabraniam ci tego, słyszysz?! Jeśli by się coś takie wydarzyło nie masz prawa się załamać. –postawiła sprawę jasno, gdy ja byłem otumaniony, jak po wypiciu trzech szklanek prawdziwej szkockiej.
-Skoro traci się kogoś, kogo się kocha trudno zachowywać się jakby nic się nie stało. –rzuciłem, próbując uciąć tą chorą pogawędkę.
-To, że się kogoś kocha nie usprawiedliwia traconego własnego życia. Nic nie jest wieczne. Miłość też nie jest czymś takim…przecież wieczność nie istnieje. Rozumiesz, prawda? –mówiła szybko i mało składnie , a ja zamrugałem kilkukrotnie.
-Zacznę raz jeszcze. –westchnęła. –Kocham faceta, który zawsze chce stawiać na swoim, który nie pozwala sobą pomiatać, no chyba, że mi, i który przezwycięża wszystko. Nawet śmierć ukochanej. Zabraniam ci robić z siebie ofiary losu, bo straciłeś część siebie. Nie możesz się załamać, bo to wciąż jesteś ty! Nawet pomimo mojej nieobecności w realnym świecie, ty wciąż masz istnieć, śmiać się i żyć. –mówiła, a z każdym słowem uśmiech na jej ustach się powiększał.
-A płakać bym chociaż mógł? –upewniłem się niby żartem, niby serio, co wywołało jej głośny śmiech.
-Ale tylko przez minutę. –cmoknęła mnie w usta. –Albo dwie. –dodała, kończąc wymianę zdań.

No to mamy już część drugą tej historii. Boję się, że po prologu to już nie będzie takie dobre... że to nie będzie to, na co liczyliście. Cóż...mam jednak nadzieję, że jakoś dacie radę to znieść :) W każdym bądź razie, czekam na Wasze opinie i pozdrawiam ciepło! :* 

poniedziałek, 28 października 2013

Część pierwsza.

Co myśli człowiek, który stoi nad grobem osoby, z którą chciał spędzić resztę swojego ponoć kompletnie bezsensownego życia? To pytanie od jakiegoś czasu towarzyszyło mi nieustannie, zaprzątało mi niechlujnie myśli, mącąc prawie idealny spokój. Jak na złość przychodziło tuż przed zaśnięciem, gdy trzymałem ją w swoich ramionach.

Strasznie chuda, powiedziałbym, że wychudzona. Mimo, że miała to w genach, moja mama przy każdym obiedzie, na który ją zabierałem pytała, czy ona w domu chociaż coś je. Zawsze też namawiała ją na dokładkę, bo przecież dla niej wyglądała jak anorektyczka. Ja nie miałem z tym problemu, była całkowicie normalna, nie mogłem powiedzieć nic innego jak – dla mnie perfekcyjna. Ciemne, sięgające gdzieś niedaleko za jej tatuaż na łopatce włosy. Codziennie się śmiałem, gdy prostowała je namiętnie prostownicą, bo nigdy nie była zadowolona z tych swoich naturalnych - lekko skręconych. Blada i tak cienka, że prawie przezroczysta skóra, którą uwielbiałem czuć pod swoimi dłońmi. Wyryta czarnym tuszem, tuż pod jedną z łopatek, a właściwie lewą…tak jestem pewny, że właśnie pod nią, sentencja – „Nic nie trwa wiecznie” w języku francuskim. Fascynowała się tym krajem okropnie. Sam nie wiem nawet czemu, w końcu rzadko kiedy ją rozumiałem. Mimo faktu, że ponoć byłem wykształconym dorosłym człowiekiem. W innym świetle po prostu wyrośniętym, nierozumiejący świata bachorem, zbyt pyskatym, zbyt nerwowym, zbyt szybko przywiązującym się do ludzi. Jakby nie patrzeć, do niej też, choć nie byłaby to sprawa, której mógłbym żałować. Ale przecież wszystko co jej dotyczyło, związane było z szybkością życia…i z szybkością przemijania. Tak często powtarzała, że nie chce tracić choćby sekundy na zamartwianie się, skoro nie ma to najmniejszego znaczenia. Nie trwoniła też zbyt dużo swojego cennego ponoć czasu na sen. Gdy prosiłem ją, by położyła się obok i odpoczęła trochę więcej niż cztery godziny, rzucała mi na odczepne: „Wyśpię się w grobie”. Podchodziłem do niej wtedy, całowałem czubek jej głowy i odpowiadałem, że nie zasnę ponownie, jeśli nie przyjdzie do łóżka. Biorąc pod uwagę wszystko, tylko uśmiechała się dużo i często. Gdy kiedyś spytałem, czemu ciągle to robi, odpowiedziała dość klarownie, że to darmowy sposób na sprawienie radości innym- jedyne co może dać każdemu bezinteresownie, i tak samo bezinteresownie dostać. Ale to przecież nie był jedyny taki przypadek. Ona prawie za każdym razem znajdowała odpowiedzi w najprostszych formach, a mimo to nie potrafiłem zrozumieć jak to robi. Nie wierzyłem, kiedy próbowała wytłumaczyć mi w miarę prosto – prawie jak przysłowiowo krowie na miedzy - że życie mamy jedno, więc trzeba wykorzystać je jak najlepiej. Powtarzała teksty o kruchości naszego istnienia, szczególnie gdy wpadała w swój melancholiczny nastrój. Robiłem jej wtedy gorącą czekoladę i wsłuchiwałem się w jej słowa, których często nie rozumiałem, a trzeba zaznaczyć – nie mówiła o pierdołach, o nowej sukience koleżanki z pracy, czy kłopotach sąsiadki naprzeciwko z mężem pijącym zbyt często. Zachwycałem się miarowym biciem jej serca, które tak przyspieszało, gdy muskałem, choćby najdelikatniej, wargami jej szyję. Lubiła chyba mnie przytulać, bo robiła to najczęściej. Całowała mnie też, stając na palcach, w sam czubek nosa. Marszczyłem go wtedy, po czym kierowałem usta na te, należące do niej samej.

Kochałem ją. Niezaprzeczalnie. Była to jedyna rzecz, której byłem pewny od początku do końca. Bez względu na pogodę, czy niepogodę, nastrój lepszy, czy ten gorszy, a nawet na nasze sprzeczki, których liczba musiała przekroczyć okrągły tysiąc. Uczucia względem niej, odkąd powiedziałem te dwa słynne słowa stanowiące ponoć o sile relacji, nie drgnęły choćby o milimetr. Nigdy nie zmalały, ale i nigdy nie przekroczyły określonej bariery. Ale to pewnie dlatego, że chyba jej nie było tak w rzeczywistości. Nie da się w końcu kogoś kochać za bardzo, albo za mało. W tej sytuacji nie jest jak ze słodzeniem kawy, gdy wsypujemy cukier łyżeczką, pytając kogoś, czy przypadkiem nie będzie zbyt gorzko. Albo się kogoś kocha, albo nie. Ja kochałem.

Witam wszystkich!
To moje nowe konto i zapomniałam kompletnie jak zaczyna się robić wszystko od zera :)
Historia, którą postanowiłam opublikować nie wydaje się być wielce wyjątkowa, czy nadzwyczajna. Nie spodziewajcie się fajerwerków, czy ogromnych zwrotów akcji. Nie będzie też to nic długiego, planuję coś około pięciu dość krótkich części. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko polubicie to opowiadanie tak samo jak ja.
Pozostawiam Wam do oceny część pierwszą.
Pozdrawiam ciepło wszystkie moje "stare" czytelniczki z poprzedniego konta, jak i ludzi, którzy są tu po raz pierwszy :)