niedziela, 17 listopada 2013

Część druga

Czasem wydaje mi się, że to wszystko mi się po prostu wyśniło. Mam wrażenie, że to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni i nic z tego, co się zdarzyło nie miało miejsca w prawdziwym świecie. Nie wierzę, że trafiliśmy na siebie i przeżyliśmy wspólnie prawie trzydzieści sześć miesięcy. Trzy lata rozpoczęte tego pamiętnego szesnastego listopada. Poszedłem wtedy zrezygnowany do klubu razem z Chrisem, który mnie niemalże o to błagał. Mówił, że musi się spotkać z jedną dziewczyną, która ma zabrać jakieś koleżanki. Nie byłem przekonany do jego planu, ale jako dobry przyjaciel zgodziłem się bez zająknięcia. Dotarliśmy na miejsce, wypiliśmy po jednym drinku na rozgrzewkę. Tego dnia strasznie padało, więc dopiero po czarodziejskiej mocy alkoholu przestałem się trząść z zimna. Zostałem przedstawiony trójce młodych kobiet, jednak żadna z nich po przedstawieniu nie zachwyciła mnie żadnym stopniu. Ani jedna nie miała w sobie iskry, czegoś, co zwróciłoby moją uwagę i jednocześnie zawróciło mi w głowie. Jednak wtedy weszła ona, podbiegła zdyszana do przyjaciółek, z lekko potarganymi włosami i czerwonymi od zimna policzkami.
-Jak zawsze spóźniona i zabiegana. –zaśmiała się bliska koleżanka mojego przyjaciela.
-Przepraszam! Tym razem miałam dobry powód! –zawstydziła się delikatnie, poprawiając ciemne loki, które chciała wyprostować, nawet dłonią! - Ale tam na chodniku grał świetnie na gitarze jeden młody chłopak. Musiałam się zatrzymać i wysłuchać i... –tłumaczyła się szybko, a każda z dziewczyn objęła ją na przywitanie.
-No to jego właśnie chciałam Ci przedstawić. – blondynka uśmiechnęła się, pokazując na mnie. Brunetka spojrzała w moim kierunku, przekrzywiła głowę lekko w prawą stronę i uśmiechnęła się w przesympatyczny sposób, przez który po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem jak miękną mi kolana.
-Cześć, jestem Martin. –powiedziałem, wyciągając dłoń do chudej dziewczyny z dołeczkami w policzkach.
-Cześć, jestem Lidia. –odparła, wpatrując się śmiało w moje oczy.

Przeczytałem, w którejś z książek, że ponoć to właśnie w ten sposób rozpoczyna się każda tragiczna historia miłosna. Nasza też.

Mieliśmy po dwadzieścia kilka lat. Ja z całkiem ustatkowanym życiem, marzeniami i jakimiś planami na przyszłość. Ona planów nie miała choćby najmniejszych. Gdy chciałem się z nią nimi podzielić, cytowała słowa jakiegoś człowieka, które brzmiały tak: „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach”. Dodawała potem: „Bogiem nie jestem, ale mnie też to śmieszy tak samo”, po czym zwykle wybuchała właśnie śmiechem. Trudno się było z nią nie zgadzać – jej słowa w końcu były tak trafne, że sam zastanawiałem się jak głupie są moje przekonania. Zmieniła mnie kompletnie. Z nieogarniętego, lubiącego zabawę wiecznego studenta, stałem się Mężczyzną, pisanym przez duże M. To jej dobro stawiałem zawsze na pierwszym miejscu, była dla mnie ważniejsza niż nawet ja sam. Mimo jej protestów, rzecz jasna. Bo przecież traciłem ponoć przez to własną tożsamość! Stwierdzę też jeden ważny fakt – zdałem sobie dzięki niej sprawę, jak bardzo błądziłem, jak często się myliłem. I nawet, jeśli to właśnie te złe decyzje mnie ukształtowały, to ona naprowadziła mnie na właściwą drogę. Stała się moim drogowskazem na nieznanej dotąd drodze. Była pasażerem, siedzącym w samochodzie obok kierowcy, który wykręca kierownicę i mija drogę z żarzącym się napisem „Donikąd”. Była wszystkim, o co kiedykolwiek mógłbym prosić Boga. Mogłem Mu tylko dziękować za to, że postawił ją na mojej drodze i nie zabrał mi jej w ciągu godziny, czy dwóch. Niczym najlepszy prezent zesłany z Góry, budziła mnie rano krótkim pocałunkiem i delikatnym dotykiem swojej dłoni na moim policzku. „Wstawaj, kochanie.” padało z jej ust, gdy miała nadzwyczaj dobry humor. Zazwyczaj rozgrywał się między nami dialog jak pomiędzy tysiącem innych, zwykłych par.
-Jak będziesz się tak wylegiwał to się spóźnisz. No wstawaj!
-A kochasz mnie chociaż trochę?
-Kocham. A teraz ruszaj się, bo nie tylko szef zacznie na ciebie wrzeszczeć, ale i ja!
-Cudowny poranek, też cię kocham! –rzucałem, po czym cmokałem ją gdzieś w okolice policzka, a może szczęki. Zależało od tego jak bardzo byłem z rana nieprzytomny.
Trudno uwierzyć w fakt, że to wszystko przetrwało prawie trzy lata. Niecałe trzydzieści sześć miesięcy przepełnionych miłością, rzecz jasna romantyczną i zmysłową, uczuciami, o których istnieniu nawet nie miałem pojęcia, zapachem porannej kawy, ale i kłótniami. Właściwie to sprzeczaliśmy często o przeróżne głupoty. O to, czy jej maszyna do pisania nie jest zbyt głośna, czy lepszy jest mój średnio zdrowy tryb żywienia, a może jej wegetarianizm. O to, kto jest lepszy – Metallica czy The Rolling Stones. O jakość produktów w wybranych sklepach. O wybór meczu Ligi Mistrzów, gdy w tym samym czasie miały mieć miejsce dwa ciekawe spotkania. O smak chipsów, które tak często zajadaliśmy w trakcie oglądania filmów – jej ulubionych – tych z lat osiemdziesiątych. Potrafiliśmy się nawet pokłócić o to, czy moja zwykła czarna kawa, czy jej z mlekiem i miodem jest lepsza. Ale któreś z nas zawsze ustępowało, dość szybko, w końcu bezsensu było tracić czas na jakieś idiotyczne dyskusje. I myśląc nad tym wszystkim głębiej, nie wiem dlaczego to wszystko nam się udało. W końcu byliśmy jak ogień i woda. Lubiliśmy kompletnie inne rzeczy i pojmowaliśmy świat całkowicie inaczej. Ja żyłem w przekonaniu, że wszystko ma swój określony porządek. Ona natomiast chciała ustalać własne prawa w swoim małym, prywatnym świecie. Ja, próbowałem skrupulatnie planować szczegóły moich dni, gdy ona rzucała we mnie jakąś książką, krzycząc, że życie mam tylko jedno i marnuje je na bezsensowne zamierzenia. Lubiłem spać, a moja ukochana stukała nocą, w zastraszająco szybkim tempie, o klawisze swojej maszyny do pisania. Narzekała na laptopy i inne nowinki techniczne prawie codziennie. Była pełna sprzeczności – chciała żyć nowocześnie, ale pozostać przy tym w kilku sprawach zawziętą tradycjonalistką. Propagowała zdrowy tryb żywienia i wegetarianizm, a zdarzało się jej odpalać papierosy właśnie w mojej sypialni. Otwierała wtedy okno i zaciągała się, przymykając powolnie powieki. Gdy pytałem, po co to robi i czemu zaśmieca mi powietrze, odpowiadała krótko: „Palę tylko w dwóch sytuacjach - gdy nie wiem, co mam zrobić ze swoim życiem i…po dobrym seksie”. Śmiałem się wtedy, zakładając ręce za głowę, a ona odwracała się i ironicznie rzucała: „Że też ty zawsze myślisz o tej drugiej opcji”. Zasypiałem wtedy zwykle z uśmiechem na ustach, po tym jak wtulała się w moja klatkę piersiową.
Do tej pory w uszach obija mi się dźwięk naciskanych szybko klawiszy o czwartej nad ranem.

Kiedyś leżeliśmy razem na łóżku, w mojej śnieżnobiałej pościeli, zmiętej, bo ciągle się wierciła. Za oknem deszcz okropnie dudnił o parapet, tworząc według niej jedyną i niepowtarzalną symfonię – niczym miód dla jej uszu. Dla mnie zwiastowało to długi, szary dzień w pracy i smugi na oknach w samochodzie. Nigdy nie spodziewałbym się, że padnie wtedy z jej ust takie pytanie:
-Co byś zrobił, gdybyś usłyszał od kogoś, że umarłam?
Patrzyłem się wtedy na nią, prosto w jej czekoladowe oczy, próbując zrozumieć sens jej słów.
-Ale…? –chciałem zacząć, lecz nawet nie dała mi dokończyć.
-Po prostu mi odpowiedz, to dla mnie ważne. –dodała, całkowicie pewna siebie. Zupełnie jakby oczekiwała odpowiedzi na to, co chcę zjeść na śniadanie. Wbiłem wtedy wzrok w sufit, pęknięty gdzieś w dwóch miejscach, i oddychałem miarowo, kompletnie zszokowany.
-Nie mógłbym w to uwierzyć, sądziłbym, że ktoś mi robi jakiś chory żart. –zacząłem niepewnie, a ona czekała tak niecierpliwie na ciąg dalszy. –Gdy uświadomiłbym sobie, że naprawdę zostawiłaś mnie i cały świat…-zawahałem się. –Pewnie bym się załamał. –wzruszyłem ramionami, a ona uderzyła mnie w jedno z nich, marszcząc swoje czoło.
-Nie mógłbyś tego zrobić, idioto! –oburzyła się, a ja nie rozumiałem jej wtedy w żadnym momencie. Odsunąłem się od niej i spojrzałem na nią pełen obaw, co do zachowania ukochanej. –Zabraniam ci tego, słyszysz?! Jeśli by się coś takie wydarzyło nie masz prawa się załamać. –postawiła sprawę jasno, gdy ja byłem otumaniony, jak po wypiciu trzech szklanek prawdziwej szkockiej.
-Skoro traci się kogoś, kogo się kocha trudno zachowywać się jakby nic się nie stało. –rzuciłem, próbując uciąć tą chorą pogawędkę.
-To, że się kogoś kocha nie usprawiedliwia traconego własnego życia. Nic nie jest wieczne. Miłość też nie jest czymś takim…przecież wieczność nie istnieje. Rozumiesz, prawda? –mówiła szybko i mało składnie , a ja zamrugałem kilkukrotnie.
-Zacznę raz jeszcze. –westchnęła. –Kocham faceta, który zawsze chce stawiać na swoim, który nie pozwala sobą pomiatać, no chyba, że mi, i który przezwycięża wszystko. Nawet śmierć ukochanej. Zabraniam ci robić z siebie ofiary losu, bo straciłeś część siebie. Nie możesz się załamać, bo to wciąż jesteś ty! Nawet pomimo mojej nieobecności w realnym świecie, ty wciąż masz istnieć, śmiać się i żyć. –mówiła, a z każdym słowem uśmiech na jej ustach się powiększał.
-A płakać bym chociaż mógł? –upewniłem się niby żartem, niby serio, co wywołało jej głośny śmiech.
-Ale tylko przez minutę. –cmoknęła mnie w usta. –Albo dwie. –dodała, kończąc wymianę zdań.

No to mamy już część drugą tej historii. Boję się, że po prologu to już nie będzie takie dobre... że to nie będzie to, na co liczyliście. Cóż...mam jednak nadzieję, że jakoś dacie radę to znieść :) W każdym bądź razie, czekam na Wasze opinie i pozdrawiam ciepło! :* 

7 komentarzy:

  1. To jest zdecydowanie coś, na co liczyłam:)
    Świetna kontynuacja prologu. I te Twoje teksty, śmiałam się, jak mało kiedy. Pełna sprzeczności charakterystyka bohaterów, mająca ten swój niepowtarzalny urok, i Twój sposób pisania...Czegóż chcieć więcej? No, może mam jedną prośbę. Dodawaj częściej nowe notki:)
    Pozdrawiam i weny życzę:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zwykle głębokie i ślicznie napisane. Piszesz takim językiem, że sama chciałabym umieć tak pisac. Niestety nie kazdy taką zdolność posiada, szczęściaro :)
    POdoba mi się to okropnie mocno. Szkoda tylko, że to opowiadanie pewnie nie skończy się zbyt szczęśliwie.... Mimo to czekam na kolejny i dołączam się do życzeń weny, w ogromnej ilości!

    OdpowiedzUsuń
  3. Chciałabym zacytować najpiękniejszy fragment tego odcinka, ale obawiam się, że zacytowałabym całą notkę, ajć. Jest cudownie, pięknie i to, co napisałaś jest o wiele lepsze niż to, na co mogłabym liczyć! Nie wiem co jest w Twoim sposobie pisania, ale to coś sprawia, że właśnie czytam magiczne opowiadanie. Coś czuję, że na zakończeniu będę ryczeć. Z dwóch powodów: po pierwsze, wydaje mi się, że ta historia nie zakończy się szczęśliwie (niestety); po drugie, nie będę chciała, żebyś to opowiadanie kiedykolwiek kończyła. Także no. Pisz szybciutko. :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Płaczę,to jest takie piękne, urocze i wyczuwam nutkę tragizmu. Uwielbiam Twoje opowiadania. Czytając je mam wrażenie jakbym czytała książki Sparksa, którego kocham. Masz talent i to wielki! :*
    Teraz będę wiedziała,że na każdy Twój rozdział będę brać chusteczki. I błagam,pisz szybko. :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Ojej, jakie ładne *.* Martin przepięknie opowiada o swojej ukochanej. Zna ją na wylot, nie przegapił żadnego szczegółu i to jest wspaniałe. Swoją drogą Lidia to cholernie ciekawa postać! Brawo za kreacje bohaterów :)
    Co do stylu, to już mi brakuje określeń... Powiem krótko - nie zawiodłam się ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak tak tak! To jest dokładnie to czego się spodziewałem!
    Po zakończeniu prologu postawiłaś sobie poprzeczkę baaardzo wysoko ale udało ci się ją przeskoczyć :D
    Gratuluje wspaniałego stylu pisma no i przede wszystkim umiejętności nadania aury swoim pracom!
    Czekam na trzecią część historii,
    pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń