środa, 11 grudnia 2013

Część trzecia

Wątpię, że pamiętam nasze wszystkie wspólne chwile z dokładnymi szczegółami. Było przecież ich w końcu w ciągu tych 36 miesięcy tak wiele. Musiałbym pewnie robić skrupulatnie notatki z każdego dnia, by nie pominąć tych wyjątkowych momentów przeżytych razem. Fakt, większość z nich są tymi zaliczającymi się na najbardziej pospolitych jak kawa pita zbyt szybko o poranku, czy oglądanie jej ulubionych seriali w telewizji, które były często po prostu idiotyczne. Jednak mam z pamięci kilka chwil wyjątkowych. Na pewno zaliczyłbym do nich naszą pierwszą randkę. Planowałem ją od tygodni, zamawiając odpowiednie miejsce w wybranej restauracji, szukając inspiracji, by zrobić wszystko, co mogłoby sprawić, że faktycznie i ja się jej spodobam. Każdy szczegół był dokładnie obmyślony. Chciałem przecież, aby wszystko wyszło wprost perfekcyjnie. Najzabawniejsze jest jednak to, że i tu jej słowa się sprawdzały. „Nie planuj niczego, bo życie i tak cię czymś zaskoczy”. Miała rację i w tym przypadku. Chociaż…przecież prawie zawsze ją miała. Wszystko tego dnia potoczyło się kompletnie inaczej od tego pożądanego przeze mnie ideału. Dostałem z samego rana telefon, że restaurację zamknięto z powodów osobistych właściciela. Zamiast pięknej pogody, deszcz padał niemalże bez przerwy. Musiałem improwizować, więc zabrałem ją na sztuczne lodowisko. Chciałem pewnie udowodnić swoją męskość i trzymając ją za dłonie, uczyć jazdy na łyżwach. Jednak zamiast się popisać, przywitałem się w najmniej przyjemny sposób z zimną taflą lodu. Chociaż liczył się wtedy jej śmiech, który pokochałem od samego początku znajomości.
-Genialnie zacząłem randkę. –zażartowałem, lekko zdenerwowany, choć próbując uśmiechać się mimo to.
-Mi się podoba. Nie lubię władczych samców alfa. –odparła, ukazując rządek swoich idealnie białych zębów.
-Czyli robię za mięczaka i dlatego mnie lubisz? –spytałem, wstając z lodu i chwytając jej dłoń.
-Nie…-ociągała się z odpowiedzią, przybliżając się do mnie w tym samym czasie. Przełknąłem głośno ślinę i spojrzałem na jej wargi, nie marząc o niczym, jak ją pocałować. –Po prostu cię lubię. –dodała z wyższością, gdy chciałem się pochylić i połączyć nasze usta. Odsunęła się jednak zręcznie i odjechała. –Dogoń mnie i spróbuj szczęścia! –rzuciła ze śmiechem. Zacząłem ją wtedy gonić, nie wiedząc, że jest to zadanie niewykonalne. W sensie dosłownym – Skubana, umiała jeździć na łyżwach, uświadamiając mi po spotkaniu, że robi to od dziecka. Ale też w przenośnym – w końcu nigdy nie przestałem jej gonić. Była nieuchwytna, jakby nawet nierealna. A jednak była kobietą mojego życia.

Innym takim momentem był nasz pierwszy pocałunek. Wbrew pozorom takowy na lodowisku się nie wydarzył. Niby ją wtedy złapałem, ale cmoknęła mnie wtedy tylko w policzek, szepcząc mi gdzieś w okolicach ucha: „Nie liczyłeś na nic innego, prawda?”. Chyba to właśnie takie przeciąganie ważnych chwil potęgowało ich moc. Oczekiwanie na nie czasem wydawało się być ponad miarę, ale ostateczna nagroda był wszystkim najlepszym, co mogliśmy sobie dać. Czekałem więc cierpliwie(lub mniej) aż do 6 grudnia. Spacerowaliśmy powoli ulicami Londynu, widząc raz za razem mężczyzn poprzebieranych za św. Mikołaja. Czerwone stroje, gigantyczne brzuchy i worki wypełnione wyimaginowanymi prezentami. Mróz delikatnie odznaczał się na naszych policzkach i jej czerwonych od zimna dłoniach.
-Gdzie zgubiłaś rękawiczki? –spytałem z troską w głosie.
-Gdzieś w mieszkaniu, mamusiu. –odparła przekornie, z uśmiechem – tym zwalającym z nóg. Ująłem więc wtedy jej dłoń, narażając się na jakieś wygłupienie. Zgrywałem odważnego mężczyznę – tak, tego samego samca alfę, co na lodowisku. Tym razem jednak nie musiałem ponosić klęski na tym polu. Ścisnęła mocniej moją rękę, a ja nie reagowałem, choć w duszy niemalże skakałem z radości.
-Nie jestem pewna, czy 24-letnia dziewczyna powinna chodzić z mamusią za rękę. –dodała pół żartem, pół serio. Zaśmiałem się, słysząc jej słowa, po czym w ciągu sekundy ująłem jej twarz w dłonie. Nawet nie zdążyła zareagować.
-Mamusia nie robi też chyba tak. –szepnąłem, by po sekundzie połączyć swoje usta z tymi należącymi do niej. Delektowałem się tym pocałunkiem, niby najlepszą rzeczą w swoim życiu. Chyba nawet nie spostrzegłem, kiedy na moje usta wkradł się zdradziecki uśmiech, a na jej policzki – zdradziecki rumieniec. Spoglądałem wtedy w jej brązowe oczy, nie będąc całkowicie pewnym, czy to się stało naprawdę.
-Nie. Tak nie robi. –odparła, biorąc krótki wdech.
-Tak myślałem. –rzuciłem, uśmiechając się szelmowsko. Najciekawsze w tym wszystkim było to, że przez cały czas nie chciała nawet wyswobodzić swojej dłoni. Ale doszedłem do wniosku, że ostatnim czego pragnąłem wtedy, jak i potem to rozluźniać ten uścisk. Właściwie to mogłem ją trzymać za tą dłoń po wieczność…bez najmniejszej przerwy.

W mojej pamięci na pewno pozostaną nasze wspólne spacery po mieście. Rzecz jasna, nocą. Twierdziła, że tworzy to jedyną i niepowtarzalną atmosferę. Taką, której nie jest w stanie nic zastąpić. Mówiła wtedy o byciu niezrozumianą prze innych, o odbieraniu sztuki, czasem nawet o uczuciach. Miała w zwyczaju patrzeć mi się w oczy przy każdym wypowiedzianym ‘kocham cię’ w moim kierunku. Pewnie chciała mieć pewność, że nie wątpię w te słowa. Nie wątpiłem i nie wyobrażam sobie bym kiedykolwiek mógł to zrobić. Nigdy nie spodziewałem się też, że te dwa krótkie wyrazy mają taką moc. Człowiek czeka na odpowiedni moment, by w końcu je z siebie wydusić, a tu słyszy je i czuje się, jakby dosłownie przed sekundą dostał obuchem przez głowę.
-Kocham cię – powiedziała na jednym z takich właśnie spacerów. Wiatr rozwiewał jej wtedy delikatnie włosy, a usta miały tradycyjnie karminowy kolor. Z nieba powoli zaczynał padać drobniutki deszcz, a ona stała na chodniku jakby nigdy nic, mówiąc mi to prosto z mostu. Wstrzymałem wtedy oddech, pamiętam to dobrze, musiałem się przywoływać do porządku i zdać sobie sprawę, że wdechy i wydechy należą do tych czynności koniecznych. Uśmiechała się pięknie, choć większość ludzi powiedziałaby, że po prostu…tylko zwyczajnie.
-Ja cię kocham bardziej. –odpowiedziałem, przygarniając ją do siebie i obejmując mocno. –A teraz chodź, bo zmokniemy. –dodałem, całując ją w czubek głowy. Jednak chwyciła moją dłoń i pociągnęła mnie prosto.
-Co z tego, że zmokniemy? –uniosła brwi do góry, a ja tylko zacząłem się śmiać. Wiedziałem, że już nie zmienię tego co się wydarzy. Muszę powiedzieć, że często człowiek patrząc na nią, odnosił wrażenie, że nie jest zupełnie zdrowa psychicznie. Kochałem ją jednak z wszystkimi wariactwami, dziwactwami do niej przynależnymi. W końcu w związku tak ważne jest akceptowanie siebie nawzajem….kochanie za wszystko, i pomimo wszystko.

Jednej, czerwcowej nocy byliśmy na takim spacerze w malutkiej miejscowości, u moich rodziców. Położyliśmy wtedy granatowy koc w białą kratę na ciemnozielonej trawie. Włączyła w odtwarzaczu utwór Doris Day z lat pięćdziesiątych lub sześćdziesiątych - nigdy nie byłem tego pewien -który uwielbiała ponad wszystko. Śpiewała cicho razem z wokalistką słowa piosenki „Dream a Little Dream of me”, przymykając przy tym delikatnie powieki. Ja za to siedziałem, zapatrzony w tą drobną brunetkę, będąc pewnym, że nie wyobrażam sobie codzienności właśnie bez niej. Było nam perfekcyjnie, ona mogła nucić do woli, delektując się każdym, choćby najzwyklejszym dźwiękiem, a ja zachwycałem się całym wieczorem w jej towarzystwie.
-Przestań się tak na mnie patrzeć! –zaczęła się śmiać, gdy chwyciłem jej drobną dłoń. –Kładź się obok i patrz w niebo! –mówiła, dopóki nie zrobiłem tego, o co mnie poprosiła. Nie słychać było nic oprócz tej piosenki w tle, odgłosu wydawanego przez świerszcze i naszych oddechów, głębokich i pełnych, by nacieszyć się całkowicie tą nocą.
-Niesamowite. –szepnąłem, spoglądając na niesamowicie granatowe niebo, na którym nie było choćby jednej najmniejszej chmurki. Wydawało się być wtedy po prostu magiczne.
-Wiesz, kiedy byłam małą dziewczynką, mój ojciec opowiadał mi, że te wszystkie gwiazdy na górze to marzenia ludzi. –zaczęła dość cicho, lecz kontynuowała coraz pewniej. -Wszyscy przecież o czymś śnią, czy czegoś pragną. Zawsze wydawało mi się, że najpiękniejsze to te, które świecą najmocniej..- zaśmiała się pod nosem, gdy ja uścisnąłem mocniej jej dłoń. -A potem odkryłam jak głupie było moje myślenie.
-Dlaczego? –spytałem, patrząc uważnie na jej wyraz twarzy.
-Bo każda gwiazda to jedno, niepowtarzalne marzenie. Nie jest ważne jak wygląda, i czy każdy ją zauważa. Czasem najbardziej niepozorna gwiazda, to uosobienie najpiękniejszego snu, najcudowniejszego pragnienia. –przerwała na kilka sekund, leżąc w kompletnej ciszy.
-Czyli każdy ma swoją gwiazdę? –zapytałem, a ona spojrzała mi prosto w oczy.
-Tak, Martin. Każdy. –odparła najbardziej naturalnym tonem, na jaki było ją stać.
-To która jest twoja? –zadałem pytanie, po którym usłyszałem donośny śmiech. Właśnie ten najbardziej uwielbiany.
-O ta! –pokazała na jedną spośród milionów gwiazd.-Albo ta! –wskazywała na cztery różne, próbując się na którąś zdecydować.
-Ta jest nasza! –przerwałem jej, wskazując na jedną z tych, które świeciły dość mocno. Jednak zamiast zachwytu, znów otrzymałem w nagrodę śmiech swojej ukochanej. Zdziwiony spytałem, czemu się śmieje. Jednak nie odpowiedziała mi, tylko chwyciła mnie za dłoń i prowadziła w kierunku domu. Czułem woń jej delikatnych perfum, które przecież dostała w prezencie ode mnie na święta. Używała ich tylko przy specjalnych okazjach.
-To jak, co było w tym takiego śmiesznego? –stanąłem w miejscu, obejmując ją mocno swoimi ramionami. Pewnie czuła się przy mnie dobrze, bo wtulała się wtedy zawsze jeszcze bardziej, jakby poszukując u mnie zatraconego w dzieciństwie bezpieczeństwa.
-Z taką pasją wskazywałeś na samolot, że żal mi było uświadamiać ci twój błąd –zaśmiała się, po czym pobiegła w kierunku domu. Stałem na środku polany, z kocem pod pachą i jej zapachem, który pozostał na mojej szarej koszulce. Uśmiechnąłem się sam do siebie, po czym spojrzałem w niebo na jedną z gwiazd. Wiedziałem, że to jest właśnie ta, która zawiera jedno, wyjątkowe życzenie – „byśmy byli razem na zawsze”.
Pewnie nie zdążyła mi wspomnieć, że marzenia to tylko i wyłącznie wynik naszej wyobraźni, czy ukrytych pragnień. Powinienem sam zdawać sobie sprawę z możliwości ich niespełnienia się. Nie każdemu przecież ostatecznie pisany jest ‘happy end’.


Przepraszam, że dopiero teraz. Umiejętne rozplanowywanie czasu nie jest jednak moją mocną stroną. Cóż...mam jedynie nadzieję, że wciąż chcecie do czytać i będzie Wam się podobało. Tylko dwa rozdziały i kończymy tą krótką historię. Może wytrzymamy razem, co? :)
Pozdrawiam ciepło w (bynajmniej u mnie) mroźne dni :*

niedziela, 17 listopada 2013

Część druga

Czasem wydaje mi się, że to wszystko mi się po prostu wyśniło. Mam wrażenie, że to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni i nic z tego, co się zdarzyło nie miało miejsca w prawdziwym świecie. Nie wierzę, że trafiliśmy na siebie i przeżyliśmy wspólnie prawie trzydzieści sześć miesięcy. Trzy lata rozpoczęte tego pamiętnego szesnastego listopada. Poszedłem wtedy zrezygnowany do klubu razem z Chrisem, który mnie niemalże o to błagał. Mówił, że musi się spotkać z jedną dziewczyną, która ma zabrać jakieś koleżanki. Nie byłem przekonany do jego planu, ale jako dobry przyjaciel zgodziłem się bez zająknięcia. Dotarliśmy na miejsce, wypiliśmy po jednym drinku na rozgrzewkę. Tego dnia strasznie padało, więc dopiero po czarodziejskiej mocy alkoholu przestałem się trząść z zimna. Zostałem przedstawiony trójce młodych kobiet, jednak żadna z nich po przedstawieniu nie zachwyciła mnie żadnym stopniu. Ani jedna nie miała w sobie iskry, czegoś, co zwróciłoby moją uwagę i jednocześnie zawróciło mi w głowie. Jednak wtedy weszła ona, podbiegła zdyszana do przyjaciółek, z lekko potarganymi włosami i czerwonymi od zimna policzkami.
-Jak zawsze spóźniona i zabiegana. –zaśmiała się bliska koleżanka mojego przyjaciela.
-Przepraszam! Tym razem miałam dobry powód! –zawstydziła się delikatnie, poprawiając ciemne loki, które chciała wyprostować, nawet dłonią! - Ale tam na chodniku grał świetnie na gitarze jeden młody chłopak. Musiałam się zatrzymać i wysłuchać i... –tłumaczyła się szybko, a każda z dziewczyn objęła ją na przywitanie.
-No to jego właśnie chciałam Ci przedstawić. – blondynka uśmiechnęła się, pokazując na mnie. Brunetka spojrzała w moim kierunku, przekrzywiła głowę lekko w prawą stronę i uśmiechnęła się w przesympatyczny sposób, przez który po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem jak miękną mi kolana.
-Cześć, jestem Martin. –powiedziałem, wyciągając dłoń do chudej dziewczyny z dołeczkami w policzkach.
-Cześć, jestem Lidia. –odparła, wpatrując się śmiało w moje oczy.

Przeczytałem, w którejś z książek, że ponoć to właśnie w ten sposób rozpoczyna się każda tragiczna historia miłosna. Nasza też.

Mieliśmy po dwadzieścia kilka lat. Ja z całkiem ustatkowanym życiem, marzeniami i jakimiś planami na przyszłość. Ona planów nie miała choćby najmniejszych. Gdy chciałem się z nią nimi podzielić, cytowała słowa jakiegoś człowieka, które brzmiały tak: „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach”. Dodawała potem: „Bogiem nie jestem, ale mnie też to śmieszy tak samo”, po czym zwykle wybuchała właśnie śmiechem. Trudno się było z nią nie zgadzać – jej słowa w końcu były tak trafne, że sam zastanawiałem się jak głupie są moje przekonania. Zmieniła mnie kompletnie. Z nieogarniętego, lubiącego zabawę wiecznego studenta, stałem się Mężczyzną, pisanym przez duże M. To jej dobro stawiałem zawsze na pierwszym miejscu, była dla mnie ważniejsza niż nawet ja sam. Mimo jej protestów, rzecz jasna. Bo przecież traciłem ponoć przez to własną tożsamość! Stwierdzę też jeden ważny fakt – zdałem sobie dzięki niej sprawę, jak bardzo błądziłem, jak często się myliłem. I nawet, jeśli to właśnie te złe decyzje mnie ukształtowały, to ona naprowadziła mnie na właściwą drogę. Stała się moim drogowskazem na nieznanej dotąd drodze. Była pasażerem, siedzącym w samochodzie obok kierowcy, który wykręca kierownicę i mija drogę z żarzącym się napisem „Donikąd”. Była wszystkim, o co kiedykolwiek mógłbym prosić Boga. Mogłem Mu tylko dziękować za to, że postawił ją na mojej drodze i nie zabrał mi jej w ciągu godziny, czy dwóch. Niczym najlepszy prezent zesłany z Góry, budziła mnie rano krótkim pocałunkiem i delikatnym dotykiem swojej dłoni na moim policzku. „Wstawaj, kochanie.” padało z jej ust, gdy miała nadzwyczaj dobry humor. Zazwyczaj rozgrywał się między nami dialog jak pomiędzy tysiącem innych, zwykłych par.
-Jak będziesz się tak wylegiwał to się spóźnisz. No wstawaj!
-A kochasz mnie chociaż trochę?
-Kocham. A teraz ruszaj się, bo nie tylko szef zacznie na ciebie wrzeszczeć, ale i ja!
-Cudowny poranek, też cię kocham! –rzucałem, po czym cmokałem ją gdzieś w okolice policzka, a może szczęki. Zależało od tego jak bardzo byłem z rana nieprzytomny.
Trudno uwierzyć w fakt, że to wszystko przetrwało prawie trzy lata. Niecałe trzydzieści sześć miesięcy przepełnionych miłością, rzecz jasna romantyczną i zmysłową, uczuciami, o których istnieniu nawet nie miałem pojęcia, zapachem porannej kawy, ale i kłótniami. Właściwie to sprzeczaliśmy często o przeróżne głupoty. O to, czy jej maszyna do pisania nie jest zbyt głośna, czy lepszy jest mój średnio zdrowy tryb żywienia, a może jej wegetarianizm. O to, kto jest lepszy – Metallica czy The Rolling Stones. O jakość produktów w wybranych sklepach. O wybór meczu Ligi Mistrzów, gdy w tym samym czasie miały mieć miejsce dwa ciekawe spotkania. O smak chipsów, które tak często zajadaliśmy w trakcie oglądania filmów – jej ulubionych – tych z lat osiemdziesiątych. Potrafiliśmy się nawet pokłócić o to, czy moja zwykła czarna kawa, czy jej z mlekiem i miodem jest lepsza. Ale któreś z nas zawsze ustępowało, dość szybko, w końcu bezsensu było tracić czas na jakieś idiotyczne dyskusje. I myśląc nad tym wszystkim głębiej, nie wiem dlaczego to wszystko nam się udało. W końcu byliśmy jak ogień i woda. Lubiliśmy kompletnie inne rzeczy i pojmowaliśmy świat całkowicie inaczej. Ja żyłem w przekonaniu, że wszystko ma swój określony porządek. Ona natomiast chciała ustalać własne prawa w swoim małym, prywatnym świecie. Ja, próbowałem skrupulatnie planować szczegóły moich dni, gdy ona rzucała we mnie jakąś książką, krzycząc, że życie mam tylko jedno i marnuje je na bezsensowne zamierzenia. Lubiłem spać, a moja ukochana stukała nocą, w zastraszająco szybkim tempie, o klawisze swojej maszyny do pisania. Narzekała na laptopy i inne nowinki techniczne prawie codziennie. Była pełna sprzeczności – chciała żyć nowocześnie, ale pozostać przy tym w kilku sprawach zawziętą tradycjonalistką. Propagowała zdrowy tryb żywienia i wegetarianizm, a zdarzało się jej odpalać papierosy właśnie w mojej sypialni. Otwierała wtedy okno i zaciągała się, przymykając powolnie powieki. Gdy pytałem, po co to robi i czemu zaśmieca mi powietrze, odpowiadała krótko: „Palę tylko w dwóch sytuacjach - gdy nie wiem, co mam zrobić ze swoim życiem i…po dobrym seksie”. Śmiałem się wtedy, zakładając ręce za głowę, a ona odwracała się i ironicznie rzucała: „Że też ty zawsze myślisz o tej drugiej opcji”. Zasypiałem wtedy zwykle z uśmiechem na ustach, po tym jak wtulała się w moja klatkę piersiową.
Do tej pory w uszach obija mi się dźwięk naciskanych szybko klawiszy o czwartej nad ranem.

Kiedyś leżeliśmy razem na łóżku, w mojej śnieżnobiałej pościeli, zmiętej, bo ciągle się wierciła. Za oknem deszcz okropnie dudnił o parapet, tworząc według niej jedyną i niepowtarzalną symfonię – niczym miód dla jej uszu. Dla mnie zwiastowało to długi, szary dzień w pracy i smugi na oknach w samochodzie. Nigdy nie spodziewałbym się, że padnie wtedy z jej ust takie pytanie:
-Co byś zrobił, gdybyś usłyszał od kogoś, że umarłam?
Patrzyłem się wtedy na nią, prosto w jej czekoladowe oczy, próbując zrozumieć sens jej słów.
-Ale…? –chciałem zacząć, lecz nawet nie dała mi dokończyć.
-Po prostu mi odpowiedz, to dla mnie ważne. –dodała, całkowicie pewna siebie. Zupełnie jakby oczekiwała odpowiedzi na to, co chcę zjeść na śniadanie. Wbiłem wtedy wzrok w sufit, pęknięty gdzieś w dwóch miejscach, i oddychałem miarowo, kompletnie zszokowany.
-Nie mógłbym w to uwierzyć, sądziłbym, że ktoś mi robi jakiś chory żart. –zacząłem niepewnie, a ona czekała tak niecierpliwie na ciąg dalszy. –Gdy uświadomiłbym sobie, że naprawdę zostawiłaś mnie i cały świat…-zawahałem się. –Pewnie bym się załamał. –wzruszyłem ramionami, a ona uderzyła mnie w jedno z nich, marszcząc swoje czoło.
-Nie mógłbyś tego zrobić, idioto! –oburzyła się, a ja nie rozumiałem jej wtedy w żadnym momencie. Odsunąłem się od niej i spojrzałem na nią pełen obaw, co do zachowania ukochanej. –Zabraniam ci tego, słyszysz?! Jeśli by się coś takie wydarzyło nie masz prawa się załamać. –postawiła sprawę jasno, gdy ja byłem otumaniony, jak po wypiciu trzech szklanek prawdziwej szkockiej.
-Skoro traci się kogoś, kogo się kocha trudno zachowywać się jakby nic się nie stało. –rzuciłem, próbując uciąć tą chorą pogawędkę.
-To, że się kogoś kocha nie usprawiedliwia traconego własnego życia. Nic nie jest wieczne. Miłość też nie jest czymś takim…przecież wieczność nie istnieje. Rozumiesz, prawda? –mówiła szybko i mało składnie , a ja zamrugałem kilkukrotnie.
-Zacznę raz jeszcze. –westchnęła. –Kocham faceta, który zawsze chce stawiać na swoim, który nie pozwala sobą pomiatać, no chyba, że mi, i który przezwycięża wszystko. Nawet śmierć ukochanej. Zabraniam ci robić z siebie ofiary losu, bo straciłeś część siebie. Nie możesz się załamać, bo to wciąż jesteś ty! Nawet pomimo mojej nieobecności w realnym świecie, ty wciąż masz istnieć, śmiać się i żyć. –mówiła, a z każdym słowem uśmiech na jej ustach się powiększał.
-A płakać bym chociaż mógł? –upewniłem się niby żartem, niby serio, co wywołało jej głośny śmiech.
-Ale tylko przez minutę. –cmoknęła mnie w usta. –Albo dwie. –dodała, kończąc wymianę zdań.

No to mamy już część drugą tej historii. Boję się, że po prologu to już nie będzie takie dobre... że to nie będzie to, na co liczyliście. Cóż...mam jednak nadzieję, że jakoś dacie radę to znieść :) W każdym bądź razie, czekam na Wasze opinie i pozdrawiam ciepło! :* 

poniedziałek, 28 października 2013

Część pierwsza.

Co myśli człowiek, który stoi nad grobem osoby, z którą chciał spędzić resztę swojego ponoć kompletnie bezsensownego życia? To pytanie od jakiegoś czasu towarzyszyło mi nieustannie, zaprzątało mi niechlujnie myśli, mącąc prawie idealny spokój. Jak na złość przychodziło tuż przed zaśnięciem, gdy trzymałem ją w swoich ramionach.

Strasznie chuda, powiedziałbym, że wychudzona. Mimo, że miała to w genach, moja mama przy każdym obiedzie, na który ją zabierałem pytała, czy ona w domu chociaż coś je. Zawsze też namawiała ją na dokładkę, bo przecież dla niej wyglądała jak anorektyczka. Ja nie miałem z tym problemu, była całkowicie normalna, nie mogłem powiedzieć nic innego jak – dla mnie perfekcyjna. Ciemne, sięgające gdzieś niedaleko za jej tatuaż na łopatce włosy. Codziennie się śmiałem, gdy prostowała je namiętnie prostownicą, bo nigdy nie była zadowolona z tych swoich naturalnych - lekko skręconych. Blada i tak cienka, że prawie przezroczysta skóra, którą uwielbiałem czuć pod swoimi dłońmi. Wyryta czarnym tuszem, tuż pod jedną z łopatek, a właściwie lewą…tak jestem pewny, że właśnie pod nią, sentencja – „Nic nie trwa wiecznie” w języku francuskim. Fascynowała się tym krajem okropnie. Sam nie wiem nawet czemu, w końcu rzadko kiedy ją rozumiałem. Mimo faktu, że ponoć byłem wykształconym dorosłym człowiekiem. W innym świetle po prostu wyrośniętym, nierozumiejący świata bachorem, zbyt pyskatym, zbyt nerwowym, zbyt szybko przywiązującym się do ludzi. Jakby nie patrzeć, do niej też, choć nie byłaby to sprawa, której mógłbym żałować. Ale przecież wszystko co jej dotyczyło, związane było z szybkością życia…i z szybkością przemijania. Tak często powtarzała, że nie chce tracić choćby sekundy na zamartwianie się, skoro nie ma to najmniejszego znaczenia. Nie trwoniła też zbyt dużo swojego cennego ponoć czasu na sen. Gdy prosiłem ją, by położyła się obok i odpoczęła trochę więcej niż cztery godziny, rzucała mi na odczepne: „Wyśpię się w grobie”. Podchodziłem do niej wtedy, całowałem czubek jej głowy i odpowiadałem, że nie zasnę ponownie, jeśli nie przyjdzie do łóżka. Biorąc pod uwagę wszystko, tylko uśmiechała się dużo i często. Gdy kiedyś spytałem, czemu ciągle to robi, odpowiedziała dość klarownie, że to darmowy sposób na sprawienie radości innym- jedyne co może dać każdemu bezinteresownie, i tak samo bezinteresownie dostać. Ale to przecież nie był jedyny taki przypadek. Ona prawie za każdym razem znajdowała odpowiedzi w najprostszych formach, a mimo to nie potrafiłem zrozumieć jak to robi. Nie wierzyłem, kiedy próbowała wytłumaczyć mi w miarę prosto – prawie jak przysłowiowo krowie na miedzy - że życie mamy jedno, więc trzeba wykorzystać je jak najlepiej. Powtarzała teksty o kruchości naszego istnienia, szczególnie gdy wpadała w swój melancholiczny nastrój. Robiłem jej wtedy gorącą czekoladę i wsłuchiwałem się w jej słowa, których często nie rozumiałem, a trzeba zaznaczyć – nie mówiła o pierdołach, o nowej sukience koleżanki z pracy, czy kłopotach sąsiadki naprzeciwko z mężem pijącym zbyt często. Zachwycałem się miarowym biciem jej serca, które tak przyspieszało, gdy muskałem, choćby najdelikatniej, wargami jej szyję. Lubiła chyba mnie przytulać, bo robiła to najczęściej. Całowała mnie też, stając na palcach, w sam czubek nosa. Marszczyłem go wtedy, po czym kierowałem usta na te, należące do niej samej.

Kochałem ją. Niezaprzeczalnie. Była to jedyna rzecz, której byłem pewny od początku do końca. Bez względu na pogodę, czy niepogodę, nastrój lepszy, czy ten gorszy, a nawet na nasze sprzeczki, których liczba musiała przekroczyć okrągły tysiąc. Uczucia względem niej, odkąd powiedziałem te dwa słynne słowa stanowiące ponoć o sile relacji, nie drgnęły choćby o milimetr. Nigdy nie zmalały, ale i nigdy nie przekroczyły określonej bariery. Ale to pewnie dlatego, że chyba jej nie było tak w rzeczywistości. Nie da się w końcu kogoś kochać za bardzo, albo za mało. W tej sytuacji nie jest jak ze słodzeniem kawy, gdy wsypujemy cukier łyżeczką, pytając kogoś, czy przypadkiem nie będzie zbyt gorzko. Albo się kogoś kocha, albo nie. Ja kochałem.

Witam wszystkich!
To moje nowe konto i zapomniałam kompletnie jak zaczyna się robić wszystko od zera :)
Historia, którą postanowiłam opublikować nie wydaje się być wielce wyjątkowa, czy nadzwyczajna. Nie spodziewajcie się fajerwerków, czy ogromnych zwrotów akcji. Nie będzie też to nic długiego, planuję coś około pięciu dość krótkich części. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko polubicie to opowiadanie tak samo jak ja.
Pozostawiam Wam do oceny część pierwszą.
Pozdrawiam ciepło wszystkie moje "stare" czytelniczki z poprzedniego konta, jak i ludzi, którzy są tu po raz pierwszy :)