czwartek, 2 stycznia 2014

Część czwarta

Od kiedy tylko pamiętam, próbowała mi wyperswadować, że pieniądze nie dadzą jej nigdy szczęścia. Szybko jej jednak zawsze odpowiadałem, iż wolę płakać w Porsche niż w Maluchu. Mrużyła wtedy tak zabawnie oczy i ściskała usta, które zawsze malowała krwiście czerwoną szminką, w jedną, wąską kreseczkę. Lubiła stawiać na swoim. I chyba właśnie dlatego często jej ustępowałem, by widzieć radość na jej twarzy, by słyszeć jej triumfalny śmiech w okolicach mojego ucha. Jednak najlepsze było w tym to, że dzięki tym pieniądzom, których nie chciała, spełniała swoje marzenia. Od dziecka chciała zwiedzić cały świat. W wolnych chwilach próbowałem więc robić wszystko, by pomóc jej w zrealizowaniu ambitnych planów. Pierwszym krajem, do jakiego się wybraliśmy była, rzecz jasna, Francja. Miała na jej punkcie kompletnego bzika. Ba! Ona wolała pisać wiersze nie w ojczystym angielskim, a właśnie po francusku. Powtarzała, że najpiękniejsza poezja powstaje we Francji. Potrafiła nawet mówić do mnie w tym języku! Ponoć były to wyznania miłości, ale z racji, że nie znałem francuskiego, nie dawałem w to całkowicie wiary. Równie dobrze mogła mnie obrażać, skoro i tak nic nie rozumiałem.
-Wiesz, wieża Eiffla jest cholernie przereklamowana. –rzuciła od niechcenia, zadzierając głowę do góry, by obejrzeć budynek w całości. –To tylko kupa złomu. –dodała, kręcąc z dezaprobatą głową.
-Ale przecież to cud architektoniczny, mała.- odparłem ze śmiechem.
-To wciąż zardzewiała kupa złomu. –wzruszyła ramionami.
-Czemu się więc na to tak napaliłaś? –zapytałem, patrząc jej prosto w oczy. –powtarzałaś -„Zobaczymy wieżę Eiffla! Wieżę Eiffla!” jakieś trzydzieści razy podczas lotu samolotem. –zaśmiałem się, widząc jej zmarszczony nosek.
-Myślałam, że tu będzie romantycznie. –powiedziała cicho. –A okazuje się, że bardziej romantyczne od tego jest nasze wspólne mieszkanie. – mówiła wszystko prosto z mostu, bez najmniejszego zawahania, co rozbawiło mnie jeszcze bardziej.
-To wracamy do naszej sypialni? –zażartowałem.
-Oszalałeś?! Jeszcze muszę tu zrobić kilka rzeczy! –oburzyła się, zakładając drobne dłonie na swoją wąską talię przykrytą przewiewną, choć ciemną sukienką.
-Liczę, że jakieś okazywanie uczuć się na niej znajduje. –szepnąłem, całując ją w sam środek ust. Oderwała się jednak ode mnie, chwyciła moją dłoń i pociągnęła w nieznanym mi kierunku.
-Idziemy do restauracji i będziemy jeść ślimaki! –rzuciła hasło, a ja stanąłem w miejscu. Ona jednak maszerowała dziarsko przed siebie, nie oglądając się nawet za mną.
-Powiedz, że żartujesz! –zero reakcji. –Kochanie, ale proszę…wszystko tylko nie…! –chciałem krzyknąć, lecz odwróciła się na sekundę i z uśmiechem, od którego miękły mi kolana za każdym razem odkrzyknęła:
-Nie kombinuj, Collins!
-Od kiedy mówisz do mnie po nazwisku? –zawołałem jeszcze, lecz już biegłem, by ją złapać. Tradycyjnie z resztą, choć nie miałem nic przeciwko temu.

Często zastanawiałem się, co siedziało w jej głowie. O czym myślała idąc spać? Co chciała powiedzieć przez słowa „Jesteś wszystkim najgorszym, a jednocześnie najlepszym, co spotkało mnie w życiu”? To przecież można było odczytać tak dwuznacznie… Kiedyś ją o to spytałem, ale odpowiedziała na tyle wymijająco, że dałem sobie spokój już na długi czas. Pewnie bym potem ponowił pytanie, ale nie zdążyłem. Cóż, przynajmniej dostałem nauczkę, by nie odkładać niczego na jutro. Zdałem sobie sprawę, że jutra po prostu może nie być. Była dla mnie jedną, wielką, chodzącą zagadką. Mogłem się spodziewać po niej wszystkiego. Nie sposób było zgadnąć jak zareaguje na dane słowa, czy określone gesty. Nieprzewidywalność była jej cechą charakterystyczną. Ale kochałem ją przecież między innymi za to. Właściwie to za wszystko, mimo że często irytowała mnie jak nikt inny. Ponoć jednak to właśnie fakt, że od czasu do czasu się kłócimy świadczy o tym, że wciąż ludziom na sobie zależy. Najwidoczniej zależało nam jak cholera, bo sprzeczaliśmy się niemalże co chwilę. Nie oszukujmy się jednak....była też dla mnie jedynym trafnym pytaniem, ale i jedyną poprawną odpowiedzią. Często zastanawiam się, kim bym się stał, gdybym jej wtedy nie poznał, gdybym obrał kompletnie inną drogę życiową. Czy ktoś pasowałby do mnie tak jak ona? Czy znalazłbym kobietę, przy której faktycznie czułbym, że żyję i że jestem całkowicie sobą? Mogłem jedynie zadawać sobie te pytania, lecz w głębi duszy zdawałem sobie sprawę, że odpowiedź na nie znam. Przecież takiej miłości jak nasza nie znajduje się w na ulicy, czy nie kupuje w supermarkecie. To, co mieliśmy, było najbardziej wyjątkowe jakie mogło być. Nie żałuję więc żadnych słów, żadnych rozmów, żadnych chwil.

Zwykle zaskakiwała mnie w tych ponoć najnormalniejszych chwilach. Pewnego marcowego popołudnia siedzieliśmy sobie wygodnie na kanapie, oglądając jakiś idiotyczny film. Znów musiałem ustąpić, ale chyba nie miałem nic przeciwko.
–Jak bardzo mnie kochasz? –spytała wtedy, patrząc mi w oczy, jakby to tam poszukiwała dowodu mojej miłości.
-Tego nie da się określić w zwykłych słowach.-westchnąłem cicho, zakładając jej zagubiony kosmyk ciemnych włosów za ucho. Jak zwykle nie chciały się jej słuchać, nawet pod przymusem ze strony prostownicy.
-To użyj w magicznych. –uśmiechnęła się, a ja sam zastanowiłem się, czy znam odpowiedź na to pytanie.
-Ty jesteś w tym lepsza. –grałem na czas, delikatnie dotykając opuszkami palców jej policzka. Zmrużyła wtedy leciutko powieki, a kąciki ust uniosła w górę.
-Ale to tobie zadałam pytanie, więc się nie wymiguj. –szepnęła, nie zmieniając pozycji. Na dłuższą chwilę zapadła głucha cisza, bo jednak zastanawiałem się, jakie słowa będą w tej sytuacji odpowiednie.
-Kocham cię tak…że chciałbym umrzeć przy tobie. –odparłem, czując, że mówię całkowitą prawdę.
-Nie wygłupiaj się, pytam poważnie. –oderwała się ode mnie, po czym spojrzała mi głęboko w oczy.
-Wiem o tym dobrze, że mógłbym oddać nawet za ciebie swoje życie. Prawie magiczne słowa, nie? –teraz to ja zażartowałem, choć moje wyznanie było kompletnie szczere.
-Jako polonistka postawiłabym ci za nie dwóję, przez głupotę i ślepy romantyzm…ewentualnie przy korzystnych wiatrach trójkę. -zaśmiała się głośno -Wiesz, przyzwoita forma.
-Ej! To niesprawiedliwe. – oburzyłem się teatralnie, lecz potem i tak pocałowałem ją w sam środek ust.
-Dodałabym jeszcze plusa za dobre chęci. –dodała, przerywając na ułamek sekundy, po czym wróciła bez sprzeciwu do poprzedniej czynności.

 Święta Bożego Narodzenia wywoływały w nas nieco sprzeczne uczucia. Prószący lekko śnieg, lampki na ogromnych choinkach i czas spędzany w gronie najbliższych. Tak można było opisać moje wyobrażenie tych dni. Ona natomiast twierdziła, że to wszystko to jedna wielka szopka, udawane szczęście i przebrani oszukańcy, udający gościa, który w rzeczywistości nawet nie istnieje. Mówiłem wtedy o braku jej poczucia wewnętrznego dziecka. Mrużyła oczy, śmiejąc się i odpowiadając w natychmiastowym tempie, że jej mała dziewczynka jest mądrzejsza od mojej małej wersji. Zazwyczaj nacierałem ją też w takim momencie śniegiem. Dorzucała potem, że moje wewnętrzne dziecko trzeba zapisać do psychologa, bo w tak młodym wieku rzuca się na bezbronne dziewczynki. Jednak chwytałem ją za dłonie, będąc pewnym, że ta kobieta to spełnienie moich najskrytszych marzeń, po czym szeptałem krótkie wyznania miłości wprost do jej ucha. Liczyliśmy się wtedy tylko i wyłącznie my. To były ostatnie takie momenty w ciągu spędzonego wspólnie roku, bo potem nadeszło Boże Narodzenie. Po całym dniu spędzonym w towarzystwie naszych rodzin, z oczywistym uśmiechem na ustach, znaleźliśmy dla siebie czas dopiero wieczorem. Ona, ubrana w czerwoną sukienkę, idealnie podkreślającą jej długie, chude nogi. Ja, wciąż w czarnym, dopasowanym garniturze. Usiedliśmy przy nakrytym stole, z zapaloną świeczką o waniliowym zapachu stojącą na samym jego środku, i prezentami dla siebie w rękach. Była najbardziej nieprzewidywalną osobą, jaką kiedykolwiek poznałem w życiu. Pewnie tylko dzięki niej miało ono jakiś smak.
-Mam dla ciebie dwa prezenty. –powiedziała cicho, po czym uśmiechnęła się w sposób, przez który miękły mi kolana. Zmarszczyłem lekko czoło, zdziwiony jej słowami. Podeszła podała mi dwa pudełka o podobnej wielkości. Obydwa zapakowane w najlepszy możliwy sposób – była w końcu perfekcjonistką. Nie mogła czegoś zrobić byle na odczepnego.
-Dziękuję. –szepnąłem, podając jej upominek od siebie. Jednak uścisnęła mnie nagle mocno, śmiejąc się zbyt nerwowo. –Wszystko w porządku? –spytałem automatycznie.
-Otwórz najpierw ten prezent. –wskazała mi na pudełko w stalowym papierze. Podniosłem do góry brwi, ale nie psując tej chwili, odpakowałem je. Jakie zdziwienie musiałem mieć wtedy na twarzy, skoro niemalże pisnęła z radości. Byłem kompletnie zdezorientowany, ale głównie pozytywnie. Na pewno też trochę przestraszony, choć potem okazało się, że nie miałem ku temu żadnych powodów.
-Wszystkiego najlepszego, przyszły tatusiu. –szepnęła, stojąc wciąż naprzeciwko mnie i czekając na moją reakcję. Spoglądałem to na nią, to na malutkie body dla dziecka z napisem: „The best daddy ever”, nie mogąc wykrztusić z siebie słowa. Pocałowałem więc ją, nie wiedząc, co innego mógłbym zrobić. Jak mogłem zareagować na jasny przekaz – będę miał potomka?
-Jesteś pewna? –spytałem w końcu, odrywając od niej swoje wargi. Wpatrywałem się w jej oczy, tak przepełnione szczęściem. Pokiwała tylko głową na potwierdzenie informacji.
-Jestem w trzecim miesiącu, Martin. –dodała, a ja wybuchłem śmiechem. –Czemu się śmiejesz? –spytała, patrząc na mnie bezustannie.
-Jestem najszczęśliwszym mężczyzną na tej ziemi! –oznajmiłem, a ona wtuliła się ponownie w moją klatkę piersiową. –Kocham cię. Najmocniej na świecie. A właściwie to kocham was. –dodałem już ciszej, trzymając ją w moich ramionach. Ją i skarb pod jej sercem.
-Jak będzie to chłopczyk to nazwiemy go Sammy. –odparła, unosząc podbródek do góry.
-Nie mam już nic do powiedzenia? –zaśmiałem się głośno, a ona dołączyła po chwili.
-Nie.- cmoknęła mnie w sam środek ust, a ja schyliłem się i pozostawiłem buziaka na jej brzuchu.
-Cześć, mały. –szepnąłem. –Masz najcudowniejszą mamę na ziemi, wiesz? -rzuciłem, zdając sobie sprawę jak prawdziwe są moje słowa. Mogę też stwierdzić, że te święta były najcudowniejszymi w moim całym życiu. Był to jeden z momentów, które zapadły mi w pamięć najmocniej. Porodu nie pamiętam. Lidia chciała, bym trzymał ją za dłoń. Spełniłem więc jej życzenie, mdlejąc przy okazji na porodówce. Wspominała jednak, że ponoć nie odebrało mi to wrodzonej męskości. Najważniejsze, że pamiętam chwilę, gdy po raz pierwszy dała mi go w ramiona, mówiąc: „Sammy, popatrz, to twój tatuś”. A on wpatrywał się we mnie, wyciągając mikroskopijnych rozmiarów rączki w kierunku mojej twarzy. Chyba miałem wtedy łzy w oczach, gdy mówiłem drżącym głosem: „Cześć, Sammy”. Bynajmniej tak mi relacjonowała to Lidia. Byliśmy wtedy najszczęśliwszymi ludźmi pod słońcem. Czy mogliśmy chcieć czegoś więcej? Tylko tego, by sielanka trwała wiecznie, by Bóg zrobił wyjątek i zatrzymał dla nas czas. Niestety, wieczność nie istnieje, a Bóg…cóż… On ma wobec każdego swój własny, określony plan. I choć miałem Mu często za złe, że nie mógł zmienić swoich zamiarów, to miałem też za co dziękować. Zaznałem w końcu smaku prawdziwego szczęścia i miłości. A nie każdy dostaje taką szansę.


Chciałabym życzyć Wam wszystkiego, co najlepsze. Zdrowia, szczęścia, miłości, przyjaciół i spełnienia choćby najskrytszych marzeń :) To już przedostatnia część i postaram się niedługo skończyć to opowiadanie. Może jeszcze ze mną trochę wytrzymacie :)

4 komentarze:

  1. Ok. Płaczę. Poniekąd jest to wywołane moją mini depresją, ale i tak nie umniejsza to pięknu tego powyżej. Joshu mój najukochańszy, to jest.. magiczne. Jak to wyznanie miłości na trójkę z plusem. ;)
    Cudowne, idealne, przepiękne, najlepsze! (Chyba nie powinno się tak komplementów prawić, ale inne słowa tu po prostu nie pasują.) Nigdy nie pomyślałabym, że tak pokocham opowiadanie, które nie jest o piłkarzach, czy o czymkolwiek, czym się interesuję. Nigdy. A tu proszę. Taka niespodzianka. I jak dla mnie to takie niespodzianki mogą się zdarzać częściej, jak najczęściej. Nie chcę końca.
    PS: Ostatnie zdania >>>>>> świat

    OdpowiedzUsuń
  2. "Dorzucała potem, że moje wewnętrzne dziecko trzeba zapisać do psychologa" <3

    Też się wzruszyłam! Przyszli rodzice są taaaaacy uroczy xD Też bym tak chciała... :(
    Nie myślałam, że będą mieli dziecko. Albo nie wspomniałaś, albo mało uważnie czytam i nie wyłapałam. Zostawiła część siebie wśród żywych... Ludzie różnie sobie z tym radzą. Jedni nienawidzą swoich dzieci, inni wręcz przeciwnie. Mam nadzieję, że "najlepszego tatusia ever" umieściłaś w tej drugiej kategorii :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. jejj dopiero niedawno zauważyłam to powiadanie :P śliczne :) szkoda, ze to już prawie koniec, ale mam nadzieję, ze napiszesz nowe, tak samo świetne jak to :) weny kochana :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Za każdym razem jak to czytam zastanawiam się dlaczego tak bardzo przeżywam każdy fragment? Nie znam odpowiedzi na to pytanie i pewnie nie poznam.
    Szkoda,że to przedostatni rozdział,gdyż uwielbiam ten blog i te uczucia,które towarzyszą mi później przez resztę dnia.
    Dziękuje Ci za to wspaniałe opowiadanie. <3 I przepraszam za tak beznadziejny komentarz,ale właśnie ryczę i nie potrafię skleić nic racjonalnego oraz sensownego...

    OdpowiedzUsuń