czwartek, 13 lutego 2014

Część piąta.

„Jeśli muszę i wybrać będę mógł jak odejść
To przecież dobrze, dobrze o tym wiem
Chciałbym umrzeć przy tobie”

 „Co myśli człowiek, który stoi nad grobem osoby, z którą chciał spędzić resztę swojego ponoć kompletnie bezsensownego życia?”. Wcześniej myślałem nad odpowiedzią, a teraz dostaję ją gotową, wprost na tacy. W tle już od jakiegoś czasu nie słychać leniwie granego marsza żałobnego i idiotycznych słów księdza, pewnego całkowicie, że tak dobra dusza trafi do nieba. Mnie za to trafia szlag, bo jestem gotów oddać swoje życie za osobę, która leży tam, zamknięta w drewnianej trumnie, kilka metrów pod ziemią. W takich chwilach wątpię w istnienie i słuszność decyzji samego Boga. W końcu to niemoralne zabierać szczęśliwą, młodą osobę, przed którą stoi otworem cały świat. W moich oczach powolnie zbierają się słone łzy, mimo że obiecałem jej kiedyś, że nie będę rozpaczał po jej śmierci.
-Tato, a kiedy mama wróci? –pyta mnie chłopczyk z lekko skręconymi włosami. Ma po niej oczy - ciepłe, mądre, jedyne w swoim rodzaju. W moim gardle rośnie gula, bo kompletnie nie wiem, co mam powiedzieć własnemu synowi. Czuję się fatalnie z myślą, że mały Sammy będzie sierotą. Będzie musiał wychowywać się bez własnej matki. Mój żołądek ściska się do granic możliwości, jakbym przed sekundą dostał solidnego kopniaka prosto w tę część ciała. Patrzę w oczy syna i klękam na kolana, nie zważając na to, że wybrudzę błotem garnitur, który to jeszcze ona mi wybierała. Ściskam mocno lekko ponad dwuletniego chłopczyka, próbując za wszelką cenę się nie rozkleić i nie zacząć przy nim płakać. Powinienem przecież świecić przykładem i być tym najbardziej rozsądnym z całej rodziny.
-Sammy, mama już…-zaczynam drżącym głosem, lecz przerywa mi moja rodzicielka.
-Choć Sammy, pójdziemy do sklepu, co? Dziadek mi powiedział, że kupimy nowy zestaw z klockami lego! –powiedziała ochoczo, a w oczach małego pojawił się specyficzny błysk.
-Mogę, tatusiu? –pyta, a ja tylko kiwam głową, bezgłośnie zgadzają się na tą propozycję. Patrzę teraz w oczy mamy i zaciskam znów wargi, starając się kontrolować moje emocje. Uśmiecha się do mnie ledwo widocznie i szepcze:
-Nie siedź tu za długo.
Potem odchodzą, a Sam jeszcze mi macha na pożegnanie. Wiem, że tej nocy już nie poczuje uścisku ukochanej mamy, że więcej nie usłyszy od niej cichego: „Śpij dobrze, kochanie”. On nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy. Z resztą skąd miałby to wiedzieć, skoro ma dopiero lekko ponad dwa lata. Wciąż nie jestem pewien jak oznajmię mu fakt, że Lidia nie żyje, ale najpierw sam muszę się z nią godnie pożegnać. Chociaż w ten sposób. Koło grobu nie ma już nikogo, cała uroczystość się już dawno zakończyła.
-Wybacz, kochanie. Tej obietnicy nie jestem w stanie dotrzymać. –mówię sam do siebie, choć tylko w mojej głowie, którą kieruję automatycznie w stronę nieba, prawie płacząc. –Usłysz mnie do cholery! Odpowiedz mi na cokolwiek! –chcę wrzeszczeć, lecz nie mogę wydobyć z siebie choćby krzty głosu. To wszystko mnie przytłacza. Cała atmosfera pogrzebu, śmierć młodej kobiety i strata miłości mojego życia. Klękam przed grobem i zaczynam płakać.
-Boże! –zaczyna mi brakować sił. Nie chcę się jednak kompletnie rozkleić, wiedząc że w domu będzie na mnie czekał nasz syn, w którego oczach już zawsze będę dostrzegał ją. –Pozwól mi do niej dołączyć, tak bardzo proszę. –myślę, przymykając powieki i patrząc w chmury. Chcę się przez nie przedrzeć, zobaczyć raz jeszcze jej uśmiech, usłyszeć jej słowa. W tym momencie solidnie by mnie opieprzyła. Jestem stuprocentowo pewny tylko tego faktu. Zaczyna powoli siąpić, ale nie zwracam na to szczególnej uwagi. Chcę porozmawiać z Bogiem, zawrzeć z nim tylko jeden cholerny układ. Albo niech mi ją zwróci, albo niech mnie do niej zabierze! Deszcz przybiera na sile, ale wiem, że długość jego trwania będzie odwrotnie proporcjonalna do długości mojego cierpienia. Przecież o tym wiem. Zdaję sobie sprawę też z tego, że kompletnie przemokłem i zapewne zachoruję. Nie dbam jednak ani o to, ani o nic innego. Wciąż klęczę i tym razem chowam głowę w dłoniach.
-Nie maż się, głupku! –słyszę jakby obok mnie. Podnoszę wzrok i znów czuję jej obecność. Jakby tu stała. O tu…metr ode mnie. –Przecież będę z tobą zawsze! -wyciągam ku niej dłoń i odnoszę wrażenie, że znów ją dotykam. Mam cholerne omamy i nie wiem, czy jestem chory psychicznie tylko trochę, czy już tak na poważnie.
-Jak mam się nie mazać, skoro zginęłaś w tym przeklętym wypadku?! –wrzeszczę złowieszczo, jakby mając jej to za złe. –Musiałaś się tak spieszyć jak zawsze?! –unoszę się gniewem, i nagle wydaję się sobie tak żałosny. Krzyczę przecież zdesperowany do powietrza, które mnie otacza. –Będziesz chociaż za nami tęsknić? –rzucam bezgłośnie pytanie, a ona uśmiecha się tak pięknie jak zawsze, wysyła mi całusa dotykając ustami lewą dłoń, i macha mi na pożegnanie. Odwraca się, ja wstaję, i…znika. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że oprócz dziecka, wspomnienia to jedyne, co mi zostawia.
Nie jestem pewien swojej przyszłości, tego, czy będę w stanie mu w choćby najmniejszym stopniu zastąpić matkę. I chyba podświadomie zdaję sobie sprawę, że nie. Powoli się uspokajam, podobnie z resztą jak niebo, z którego nie spadają już nawet najmniejsze krople deszczu. Wciąż jednak jest mnóstwo chmur, i z każdą chwilą zaczyna się ściemniać. Stoję wciąż nad jej grobem i wpatruję się w jej uśmiechnięte zdjęcie. Była wtedy taka szczęśliwa! W kieszeni znajduję paczkę papierosów i niedawno używaną, bo przecież do zniczy, zapalniczkę. Wyciągam jednego z nich i spoglądam to na grób, to na papierosa. Czytam jeszcze krótko napis na pudełku – „Palenie zabija”. Śmieję się w duchu – przecież już umarłem, więc co mi po tym. Odpalam i powoli wypuszczam z płuc dym, uspokajając zszarpane nerwy. A może mi się już tylko wydaje. W końcu tak łatwo przejść z normalności w paranoje. „Palę, gdy nie wiem, co mam zrobić z własnym życiem” – przypomina mi się jej głos, po czym gaszę papierosa. Przecież ja wiem, co musze zrobić. Muszę wrócić do domu, do syna, który boi się pewnie jak ja, bo od kilku dni nie widział mamy i nie wie, co się dzieje. Nikt nie miał odwagi, by powiedzieć mu, że to ona leży w tej trumnie. Wiem, że muszę być silny. Kocham swojego syna i gdyby nie on, pewnie nie miałbym powodu, by wciąż oddychać, czy chodzić po tej ziemi. W końcu kiedyś jej powiedziałem, że chciałbym umrzeć właśnie przy niej.
-Sammy cię potrzebuje. –mówię sam do siebie, po czym spoglądam ostatni raz na marmurowy pomnik. –Żegnaj. –szepczę. –Kochamy cię we dwoje bardzo mocno, wiesz? –kieruję wzrok ku niebu, po czym szybkim krokiem wychodzę z cmentarza. Nie dbam o pobrudzony garnitur czy ślady łez. Jestem przecież tylko człowiekiem, jakich tysiące w Londynie. Śmierć mojej ukochanej nie sprawi, że świat się zatrzyma, czy przestanie pędzić. To tylko kolejny zgon, nic więcej. Wracając do domu, myślę nad tym, co dała mi Lidia. I dochodzę do wniosku, że dała mi wszystko, co tylko mogła. Wykreowała mnie. Stworzyła na nowo. Uczyniła mnie najszczęśliwszym człowiekiem na całej kuli ziemskiej. Przypominam sobie jej słowa, by cieszyć się każdym przeżytym dniem, bo nie wiemy jak długo będziemy tu egzystować, bym dziękował Bogu za to, że doświadczyłem prawdziwej miłości. I choć nie potrafię się nie załamywać, tak jak mi nakazała, to wierzę, że w końcu zrozumiem sens jej słów. Zdań, które były przepełnione mądrością i miłością, co czyniło je jedynymi w swoim rodzaju. Chcę mieć nadzieję, że kiedyś podniosę się po tym ciosie, tak jak ona po każdym, które zadawał jej los.
Mimo wszystko jestem pewien trzech najważniejszych spraw –„Potęga miłości jest w stanie pokonać każdą przeszkodę”, „Wspomnienia z nią związane pozostaną w mojej pamięci na zawsze” i „Cierpienie nie będzie trwało nieskończenie”. Natomiast moje uczucia względem Lidii tak, choć ona w wieczność nie wierzyła. Są przecież na tym świecie rzeczy, które nie znikają, miłość, która nie ginie i ludzie, którzy pomimo śmierci, nigdy nie odchodzą…

Także to już koniec. Większość wiedziała od drugiej części jak ta historia się skończy, ale nie mogłam jej potoczyć inaczej. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe, no i liczę na to, iż jednak to krótkie opowiadanie przypadło Wam do gustu.
Wrócę z czymś po krótszym lub dłuższym czasie, ale wrócę :)
Jeśli zechcecie, poinformuję Was o tym na pewno.
A teraz żegnam i dziękuję za wszystkie opinie. To sama przyjemność pisać właśnie dla Was :*

3 komentarze:

  1. ''Są przecież na tym
    świecie rzeczy, które nie znikają, miłość, która
    nie ginie i ludzie, którzy pomimo śmierci, nigdy
    nie odchodzą…'' - jakie to jest prawdziwe. Mimo tego,że los,czy Bóg (zależy od wiary) zabrał nam ukochaną osobę,to ona na zawsze pozostanie w naszym sercu i nigdy nie przestaniemy jej kochać. Nigdy.
    Nie wiem co mam napisać, jak to skomentować,bo jestem w totalnej rozsypce... 20 minut temu przeczytałam rozdział i próbowałam się pozzbierać, przestać płakać,aby skomentować wszystko jakoś sensownie jednak nie umiem powstrzymać płynących łez. Za dużo wspomnień i to jak opisałaś, tak perfekcyjnie,że czułam jakbym to ja była głównym bohaterem...
    Uwielbiam Twoje opowiadania. One zawsze są takie cudowne, najlepsze. Cieszę się,że miałam szczęście natknąć się na Twoją twórczość. Dlatego też jak będziesz coś pisać to powiadamiaj mnie. :*
    Ach i jeszcze jedno! Dla mnie to istna przyjemność czytać Twoje ''wypociny'' (:
    Życzę weny. Buziaki. :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Całkowicie wypadłam z rytmy... Już ani nie piszę, ani nie czytam - stąd ta moja zwłoka. Wybacz.

    Boooooorze bukowy, ale się zryczałam! Chryste, nie wiem, co mam Ci napisać. Po prostu było piękne i niesamowicie wzruszające. Brawo

    OdpowiedzUsuń
  3. Jednak nie czytałem tego rozdziału, jedynie początek. Sądzę, że nie był najsmutniejszym ale był dobry, bardzo dobry. Opowiadanie jedno z lepszych.
    Twój styl pisania wręcz zabija!
    K.

    OdpowiedzUsuń