środa, 11 grudnia 2013

Część trzecia

Wątpię, że pamiętam nasze wszystkie wspólne chwile z dokładnymi szczegółami. Było przecież ich w końcu w ciągu tych 36 miesięcy tak wiele. Musiałbym pewnie robić skrupulatnie notatki z każdego dnia, by nie pominąć tych wyjątkowych momentów przeżytych razem. Fakt, większość z nich są tymi zaliczającymi się na najbardziej pospolitych jak kawa pita zbyt szybko o poranku, czy oglądanie jej ulubionych seriali w telewizji, które były często po prostu idiotyczne. Jednak mam z pamięci kilka chwil wyjątkowych. Na pewno zaliczyłbym do nich naszą pierwszą randkę. Planowałem ją od tygodni, zamawiając odpowiednie miejsce w wybranej restauracji, szukając inspiracji, by zrobić wszystko, co mogłoby sprawić, że faktycznie i ja się jej spodobam. Każdy szczegół był dokładnie obmyślony. Chciałem przecież, aby wszystko wyszło wprost perfekcyjnie. Najzabawniejsze jest jednak to, że i tu jej słowa się sprawdzały. „Nie planuj niczego, bo życie i tak cię czymś zaskoczy”. Miała rację i w tym przypadku. Chociaż…przecież prawie zawsze ją miała. Wszystko tego dnia potoczyło się kompletnie inaczej od tego pożądanego przeze mnie ideału. Dostałem z samego rana telefon, że restaurację zamknięto z powodów osobistych właściciela. Zamiast pięknej pogody, deszcz padał niemalże bez przerwy. Musiałem improwizować, więc zabrałem ją na sztuczne lodowisko. Chciałem pewnie udowodnić swoją męskość i trzymając ją za dłonie, uczyć jazdy na łyżwach. Jednak zamiast się popisać, przywitałem się w najmniej przyjemny sposób z zimną taflą lodu. Chociaż liczył się wtedy jej śmiech, który pokochałem od samego początku znajomości.
-Genialnie zacząłem randkę. –zażartowałem, lekko zdenerwowany, choć próbując uśmiechać się mimo to.
-Mi się podoba. Nie lubię władczych samców alfa. –odparła, ukazując rządek swoich idealnie białych zębów.
-Czyli robię za mięczaka i dlatego mnie lubisz? –spytałem, wstając z lodu i chwytając jej dłoń.
-Nie…-ociągała się z odpowiedzią, przybliżając się do mnie w tym samym czasie. Przełknąłem głośno ślinę i spojrzałem na jej wargi, nie marząc o niczym, jak ją pocałować. –Po prostu cię lubię. –dodała z wyższością, gdy chciałem się pochylić i połączyć nasze usta. Odsunęła się jednak zręcznie i odjechała. –Dogoń mnie i spróbuj szczęścia! –rzuciła ze śmiechem. Zacząłem ją wtedy gonić, nie wiedząc, że jest to zadanie niewykonalne. W sensie dosłownym – Skubana, umiała jeździć na łyżwach, uświadamiając mi po spotkaniu, że robi to od dziecka. Ale też w przenośnym – w końcu nigdy nie przestałem jej gonić. Była nieuchwytna, jakby nawet nierealna. A jednak była kobietą mojego życia.

Innym takim momentem był nasz pierwszy pocałunek. Wbrew pozorom takowy na lodowisku się nie wydarzył. Niby ją wtedy złapałem, ale cmoknęła mnie wtedy tylko w policzek, szepcząc mi gdzieś w okolicach ucha: „Nie liczyłeś na nic innego, prawda?”. Chyba to właśnie takie przeciąganie ważnych chwil potęgowało ich moc. Oczekiwanie na nie czasem wydawało się być ponad miarę, ale ostateczna nagroda był wszystkim najlepszym, co mogliśmy sobie dać. Czekałem więc cierpliwie(lub mniej) aż do 6 grudnia. Spacerowaliśmy powoli ulicami Londynu, widząc raz za razem mężczyzn poprzebieranych za św. Mikołaja. Czerwone stroje, gigantyczne brzuchy i worki wypełnione wyimaginowanymi prezentami. Mróz delikatnie odznaczał się na naszych policzkach i jej czerwonych od zimna dłoniach.
-Gdzie zgubiłaś rękawiczki? –spytałem z troską w głosie.
-Gdzieś w mieszkaniu, mamusiu. –odparła przekornie, z uśmiechem – tym zwalającym z nóg. Ująłem więc wtedy jej dłoń, narażając się na jakieś wygłupienie. Zgrywałem odważnego mężczyznę – tak, tego samego samca alfę, co na lodowisku. Tym razem jednak nie musiałem ponosić klęski na tym polu. Ścisnęła mocniej moją rękę, a ja nie reagowałem, choć w duszy niemalże skakałem z radości.
-Nie jestem pewna, czy 24-letnia dziewczyna powinna chodzić z mamusią za rękę. –dodała pół żartem, pół serio. Zaśmiałem się, słysząc jej słowa, po czym w ciągu sekundy ująłem jej twarz w dłonie. Nawet nie zdążyła zareagować.
-Mamusia nie robi też chyba tak. –szepnąłem, by po sekundzie połączyć swoje usta z tymi należącymi do niej. Delektowałem się tym pocałunkiem, niby najlepszą rzeczą w swoim życiu. Chyba nawet nie spostrzegłem, kiedy na moje usta wkradł się zdradziecki uśmiech, a na jej policzki – zdradziecki rumieniec. Spoglądałem wtedy w jej brązowe oczy, nie będąc całkowicie pewnym, czy to się stało naprawdę.
-Nie. Tak nie robi. –odparła, biorąc krótki wdech.
-Tak myślałem. –rzuciłem, uśmiechając się szelmowsko. Najciekawsze w tym wszystkim było to, że przez cały czas nie chciała nawet wyswobodzić swojej dłoni. Ale doszedłem do wniosku, że ostatnim czego pragnąłem wtedy, jak i potem to rozluźniać ten uścisk. Właściwie to mogłem ją trzymać za tą dłoń po wieczność…bez najmniejszej przerwy.

W mojej pamięci na pewno pozostaną nasze wspólne spacery po mieście. Rzecz jasna, nocą. Twierdziła, że tworzy to jedyną i niepowtarzalną atmosferę. Taką, której nie jest w stanie nic zastąpić. Mówiła wtedy o byciu niezrozumianą prze innych, o odbieraniu sztuki, czasem nawet o uczuciach. Miała w zwyczaju patrzeć mi się w oczy przy każdym wypowiedzianym ‘kocham cię’ w moim kierunku. Pewnie chciała mieć pewność, że nie wątpię w te słowa. Nie wątpiłem i nie wyobrażam sobie bym kiedykolwiek mógł to zrobić. Nigdy nie spodziewałem się też, że te dwa krótkie wyrazy mają taką moc. Człowiek czeka na odpowiedni moment, by w końcu je z siebie wydusić, a tu słyszy je i czuje się, jakby dosłownie przed sekundą dostał obuchem przez głowę.
-Kocham cię – powiedziała na jednym z takich właśnie spacerów. Wiatr rozwiewał jej wtedy delikatnie włosy, a usta miały tradycyjnie karminowy kolor. Z nieba powoli zaczynał padać drobniutki deszcz, a ona stała na chodniku jakby nigdy nic, mówiąc mi to prosto z mostu. Wstrzymałem wtedy oddech, pamiętam to dobrze, musiałem się przywoływać do porządku i zdać sobie sprawę, że wdechy i wydechy należą do tych czynności koniecznych. Uśmiechała się pięknie, choć większość ludzi powiedziałaby, że po prostu…tylko zwyczajnie.
-Ja cię kocham bardziej. –odpowiedziałem, przygarniając ją do siebie i obejmując mocno. –A teraz chodź, bo zmokniemy. –dodałem, całując ją w czubek głowy. Jednak chwyciła moją dłoń i pociągnęła mnie prosto.
-Co z tego, że zmokniemy? –uniosła brwi do góry, a ja tylko zacząłem się śmiać. Wiedziałem, że już nie zmienię tego co się wydarzy. Muszę powiedzieć, że często człowiek patrząc na nią, odnosił wrażenie, że nie jest zupełnie zdrowa psychicznie. Kochałem ją jednak z wszystkimi wariactwami, dziwactwami do niej przynależnymi. W końcu w związku tak ważne jest akceptowanie siebie nawzajem….kochanie za wszystko, i pomimo wszystko.

Jednej, czerwcowej nocy byliśmy na takim spacerze w malutkiej miejscowości, u moich rodziców. Położyliśmy wtedy granatowy koc w białą kratę na ciemnozielonej trawie. Włączyła w odtwarzaczu utwór Doris Day z lat pięćdziesiątych lub sześćdziesiątych - nigdy nie byłem tego pewien -który uwielbiała ponad wszystko. Śpiewała cicho razem z wokalistką słowa piosenki „Dream a Little Dream of me”, przymykając przy tym delikatnie powieki. Ja za to siedziałem, zapatrzony w tą drobną brunetkę, będąc pewnym, że nie wyobrażam sobie codzienności właśnie bez niej. Było nam perfekcyjnie, ona mogła nucić do woli, delektując się każdym, choćby najzwyklejszym dźwiękiem, a ja zachwycałem się całym wieczorem w jej towarzystwie.
-Przestań się tak na mnie patrzeć! –zaczęła się śmiać, gdy chwyciłem jej drobną dłoń. –Kładź się obok i patrz w niebo! –mówiła, dopóki nie zrobiłem tego, o co mnie poprosiła. Nie słychać było nic oprócz tej piosenki w tle, odgłosu wydawanego przez świerszcze i naszych oddechów, głębokich i pełnych, by nacieszyć się całkowicie tą nocą.
-Niesamowite. –szepnąłem, spoglądając na niesamowicie granatowe niebo, na którym nie było choćby jednej najmniejszej chmurki. Wydawało się być wtedy po prostu magiczne.
-Wiesz, kiedy byłam małą dziewczynką, mój ojciec opowiadał mi, że te wszystkie gwiazdy na górze to marzenia ludzi. –zaczęła dość cicho, lecz kontynuowała coraz pewniej. -Wszyscy przecież o czymś śnią, czy czegoś pragną. Zawsze wydawało mi się, że najpiękniejsze to te, które świecą najmocniej..- zaśmiała się pod nosem, gdy ja uścisnąłem mocniej jej dłoń. -A potem odkryłam jak głupie było moje myślenie.
-Dlaczego? –spytałem, patrząc uważnie na jej wyraz twarzy.
-Bo każda gwiazda to jedno, niepowtarzalne marzenie. Nie jest ważne jak wygląda, i czy każdy ją zauważa. Czasem najbardziej niepozorna gwiazda, to uosobienie najpiękniejszego snu, najcudowniejszego pragnienia. –przerwała na kilka sekund, leżąc w kompletnej ciszy.
-Czyli każdy ma swoją gwiazdę? –zapytałem, a ona spojrzała mi prosto w oczy.
-Tak, Martin. Każdy. –odparła najbardziej naturalnym tonem, na jaki było ją stać.
-To która jest twoja? –zadałem pytanie, po którym usłyszałem donośny śmiech. Właśnie ten najbardziej uwielbiany.
-O ta! –pokazała na jedną spośród milionów gwiazd.-Albo ta! –wskazywała na cztery różne, próbując się na którąś zdecydować.
-Ta jest nasza! –przerwałem jej, wskazując na jedną z tych, które świeciły dość mocno. Jednak zamiast zachwytu, znów otrzymałem w nagrodę śmiech swojej ukochanej. Zdziwiony spytałem, czemu się śmieje. Jednak nie odpowiedziała mi, tylko chwyciła mnie za dłoń i prowadziła w kierunku domu. Czułem woń jej delikatnych perfum, które przecież dostała w prezencie ode mnie na święta. Używała ich tylko przy specjalnych okazjach.
-To jak, co było w tym takiego śmiesznego? –stanąłem w miejscu, obejmując ją mocno swoimi ramionami. Pewnie czuła się przy mnie dobrze, bo wtulała się wtedy zawsze jeszcze bardziej, jakby poszukując u mnie zatraconego w dzieciństwie bezpieczeństwa.
-Z taką pasją wskazywałeś na samolot, że żal mi było uświadamiać ci twój błąd –zaśmiała się, po czym pobiegła w kierunku domu. Stałem na środku polany, z kocem pod pachą i jej zapachem, który pozostał na mojej szarej koszulce. Uśmiechnąłem się sam do siebie, po czym spojrzałem w niebo na jedną z gwiazd. Wiedziałem, że to jest właśnie ta, która zawiera jedno, wyjątkowe życzenie – „byśmy byli razem na zawsze”.
Pewnie nie zdążyła mi wspomnieć, że marzenia to tylko i wyłącznie wynik naszej wyobraźni, czy ukrytych pragnień. Powinienem sam zdawać sobie sprawę z możliwości ich niespełnienia się. Nie każdemu przecież ostatecznie pisany jest ‘happy end’.


Przepraszam, że dopiero teraz. Umiejętne rozplanowywanie czasu nie jest jednak moją mocną stroną. Cóż...mam jedynie nadzieję, że wciąż chcecie do czytać i będzie Wam się podobało. Tylko dwa rozdziały i kończymy tą krótką historię. Może wytrzymamy razem, co? :)
Pozdrawiam ciepło w (bynajmniej u mnie) mroźne dni :*

6 komentarzy:

  1. Och, dwa rozdziały?
    Dlaczego?
    </3
    A co do tego to asgnasfgs! Cudowny! To patrzenie w gwiazdy, spacery, o mamo, rozmarzyłam się. Przepięknie. Naprawdę genialnie.
    I tylko dwa rozdziały do końca.
    Dlaczego?

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak czytam Twoje rozdziały,to zawsze w jakimś momencie do oczu napływają mi łzy. Masz talent i to ogromny. Uwielbiam Twój styl pisania i te historie.
    To o gwiazdach, przypomniało mi mojego przyjaciela, który niestety nie żyje - to samo mówił o nich i marzeniach,ech.
    Tak jak te słowa ''W końcu w związku
    tak ważne jest akceptowanie siebie
    nawzajem….kochanie za wszystko, i
    pomimo wszystko.'' piękne.
    Już mówiłaś kiedyś,że to będzie krótka historia,ale mam nadzieję,że twrócisz zaś z czymś nowym! :*
    Weny Kochana. <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Nostalgia, głębokie przemyślenia dotycząca zwykłych przecież spraw...Jak Ty to robisz, że one wszystkie zaczynają żyć swoim własnym życiem? Zazdroszczę Ci tej umiejętności. Wspaniały rozdział, jak zawsze zresztą. Ciężko powiedzieć cokolwiek innego, bo to i tak nie odda tego, co teraz czuję po przeczytaniu. Ta historia po prostu żyje, jej bohaterowie są tak żywi, jak ja czy Ty. I to jest piękne...
    Pozdrawiam również cieplutko z zimnego południa Polski, bo u mnie też mróz szczypie w policzki:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz tak bardzo lekki i delikatny styl pisania, że nie da się oderwać od twoich prac! Wspaniały rozdział, idealnie zgrane dialogi i przede wszystkim bardzo wkręcająca fabuła!
    Czekam na resztę rozdziałów! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. W koncu nadrobilam! :D
    Przepieknie jak zawsze. Boze jak ja chcialabym umiec pisac tak jak ty. to jest tak sliczne, że nawet nie mam co dodawac. Niesamowicie szkoda mi że nie zakonczy sie to wspominianym happy endem. Chlopak wydaje sie byc na prawde w niej zakochany.... :(
    Dwa rozdzialy? Czyli obie skonczymy mniej wiecej w tym samym czasie

    OdpowiedzUsuń
  6. "Z taką pasją wskazywałeś na samolot, że żal mi było uświadamiać ci twój " - umarłam. Nie żebym wcześniej nie umierała, bo odcinek jest przepiękny, bardzo asdfghjkl i jeszcze bardziej awwww, ale to wyjątkowo mocno mnie zabiło xD Cudo! Rozdział po prostu cudo ;)

    Tylko dwa rozdziały? Serio? :(((

    OdpowiedzUsuń